piątek, 6 listopada 2015

One Shot VI

 ONE SHOT VI 


Z pamiętnika młodego arystokraty


     Długo kłóciłem się ze sobą, ukrywając ten sekret przed całym światem. Kosztowało mnie to wiele godzin strachu, nerwów i łez, ale nie wydałem się. Tylko jedna osoba wiedziała, a i tak nie znała wszystkich szczegółów tej historii. Teraz jest inaczej. Myślę, że po tych wszystkich latach wreszcie jestem gotowy. Gotowy na to, żeby opowiedzieć najpiękniejszą historię z moim życiu.
Gdybym miał wskazać moment kiedy wszystko się zaczęło, nie potrafiłbym. Nagle, tak po prostu, przestała być dla mnie „szlamą Granger”, a stała się najbardziej wartościową osobą na świecie. Jej włosy przestały przypominać miotłę, a kusiły swoją sprężystością i blaskiem. Usta już nie były wąskie i małe, a uśmiech przestał przypominać wytrzeszcz szyszymory.
Nagle przestała być niska, brzydka i niezgrabna. Złapałem się na tym, że coraz częściej myślę o tym co lubi czytać, jak spędza czas gdy akurat się nie uczy albo jaką kawę pije rano. Zwalałem to na karb zwykłej ludzkiej ciekawości, jednak na tym się nie skończyło. Dopiero w momencie, kiedy zacząłem zastanawiać się nad smakiem jej ust i zapachem skóry, dotarło do mnie, że coś jest nie w porządku. Coś maksymalnie poszło nie tak. To musiał być jakiś kosmiczny żart, głupie poczucie humoru Merlina, no bo jak inaczej można było wytłumaczyć to zauroczenie? Przecież ja jestem czystej krwi, a ona nie. Taki związek, ba!, to uczucie, nie miało prawa bytu.
Ale stało się, a ja nie potrafiłem się z tym pogodzić.
Więc uciekłem.
   Pojawiałem się na zajęciach i posiłkach, ale starałem się unikać jakiegokolwiek kontaktu z NIĄ. Przez jakiś czas udawało się całkiem nieźle. Związałem się z Daphne Greengrass. Udawałem, że nic się nie zmieniło, że wciąż jestem tym samym Draco Malfoy'em co zwykle. Jednak mimo że spędzałem większość czasu w otoczeniu ludzi ze Slytherinu i unikałem kontaktów z gryfiakami jak tylko mogłem, nie sposób było uwolnić się od niej całkowicie. Siłą rzeczy widywałem ją na korytarzach i zajęciach, a wtedy zawsze miałem wrażenie, że w powietrzu roznosi się delikatny zapach jaśminu. Raz czy dwa udało mi się wydusić jakąś obelgę pod jej adresem, a później umierałem komórka po komórce przygniatany wyrzutami sumienia. Widok łez zbierających się w jej dużych, brązowych oczach, prześladował mnie, nie dając w nocy spać. Właśnie podczas jednej z takich sytuacji zauważyłem, jak głęboką barwę mają jej tęczówki i jak idealnie pasują do odcienia skóry.
A kiedy jeden jedyny raz obróciła się w moją stronę z uśmiechem na ustach, przepadłem na dobre. Uśmiech nie był dla mnie, zniknął w momencie gdy zauważyła, że stoję obok, jednak nie mogłem odgonić od siebie myśli, jakby było gdyby uśmiechała się w ten sposób właśnie do mnie...
Dafne przestała być atrakcyjna, kawa straciła swój aromat, a ludzie dookoła zaczęli mnie irytować. Crabbe i Goyle często pytali co jest ze mną nie tak, ale co miałem im odpowiedzieć? Byli zbyt tępi, zbyt zepsuci, żeby zrozumieć co się ze mną dzieje, zwłaszcza, że dla mnie samego było to niepojęte.
I nagle, jak za dotknięciem różdżki, wszystko się zmieniło.
Pamiętam wszystko, jakby stało się zaledwie wczoraj.
   Wracałem z błoni do dormitorium. Było późno, ale często zdarzało mi się przechadzać wieczorami, dobrze wpływało to na mój sen. Pamiętam, że na korytarzach było nadzwyczaj cicho, o tej porze wszyscy szykowali się już do snu. Kiedy przechodziłem obok Wielkiej Sali, drzwi nagle się otworzyły i zderzyłem się z czymś niewielkim. Dziewczyna odbiła się ode mnie i poleciała na tyłek. Chciałem rzucić kąśliwą uwagą i odejść, jak zwykle, coś jednak kazało mi spojrzeć w dół. W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć, że to ona. Dlaczego...? Tak bardzo się broniłem, uciekałem, kryłem. W pierwszym odruchu miałem ochotę uciec po raz kolejny, ale coś mnie powstrzymało. Byliśmy całkowicie sami. Do dziś pamiętam, to dziwne uczucie rozluźnienia, które zalało mnie w momencie podjęcia decyzji.
Uśmiechnąłem się i pierwszy raz od wielu dni było to szczere.
- Granger. - Pochyliłem się i podałem jej dłoń. Nie wiem czy była aż tak zdębiała, czy może rzeczywiście potrzebowała mojej pomocy, ale ją przyjęła. Uniosłem ją do pozycji stojącej, z fascynacją przyglądając się jej rozchylonym wargom.
Po chwili spojrzała na nasze wciąż splecione dłonie i wreszcie odzyskała głos.
- Malfoy, możesz mnie puścić?
Nie był to wyrzut, nie wyczułem też złości. Było to zwykłe pytanie, prośba, którą momentalnie spełniłem.
Zanim odeszła, spojrzała na mnie raz jeszcze ze zdziwieniem w oczach. Kiedy zniknęła za rogiem, wciąż czułem ten cudowny zapach jaśminu i wiedziałem. Wiedziałem, że chcę ją lepiej poznać.
Tak wyglądała nasza pierwsza, w miarę normalna konfrontacja. Nie chciałem i nie miałem zamiaru na tym poprzestać.
   Zerwałem z Daphne i przestałem udawać przed samym sobą, że nic się ze mną nie dzieje. Wciąż miałem przed oczami Granger, jej zdziwione spojrzenie i rozchylone usta. Pod różnymi przykrywkami kręciłem się po korytarzach, pojawiałem w miejscach gdzie przebywała. Starałem się poznać rozkład jej dnia, upodobania, przyzwyczajenia. Nie pamiętam bym kiedykolwiek wcześniej, czy też później spędzał tyle czasu w bibliotece co wtedy. Moi znajomi się dziwili, ale zawsze udawało mi się znaleźć wymówkę. A to muszę podwyższyć oceny, bo ojciec się czepia, a to mam do napisania zaległy esej, i tak jakoś to szło. Z niecierpliwością wyczekiwałem momentu, kiedy uda mi się złapać ją samą. Do tego czasu zawsze trzymałem się z boku, siedząc niedaleko tak, żeby zawsze była w zasięgu wzroku.
   Upragniony dzień nadszedł z początkiem grudnia. Większość uczniów dała sobie spokój z nauką i siedzeniem w bibliotece. Wszyscy powoli zaczynali żyć wolnym i przygotowaniami do świąt. Tylko ona w dalszym ciągu, niezmiennie siedziała nad opasłą księgą. Wiedziałem co czytała. Kiedyś obserwowałem jak odkłada ją na miejsce, więc sam wypożyczyłem drugą taką samą. Być może byłem żałosny, ale nic nie było w stanie powstrzymać mnie od poznania tej dziewczyny bliżej.
   Kiedy zostaliśmy w bibliotece tylko we dwoje, podszedłem do niej i usiadłem po drugiej stronie stołu. Nie zwróciła na mnie uwagi, zagłębiona w lekturze, więc przez parę chwil spokojnie obserwowałem jak marszczy nos i zakłada długie włosy za ucho. Kiedy już miałem się odezwać, uniosła głowę. Pióro, które trzymała w ustach upadło na stolik, a w jej oczach zrodziło się zdziwienie. Poczułem jak moje usta rozciągają się w uśmiechu, kiedy zdezorientowana rozglądała się dookoła, z pewnością zastanawiając czy na pewno patrzę na nią. Kiedy z tego wszystkiego, przypadkiem wywróciła kałamarz, wybuchnąłem śmiechem.
- Eee, Malfoy?- W jej głosie było tyle zdziwienia i nieśmiałości, że momentalnie się uspokoiłem. Spojrzałem jej w oczy i podtrzymałem połączenie o sekundę za długo. Nie potrafiłem się powstrzymać, ale widok rumieńców na jej twarzy był wart wszystkiego.
- Tak?
Moje łagodne, rozbawione pytanie, jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi, więc jedynie pokręciła głową i wróciła do czytania... a przynajmniej próbowała. Doskonale widziałem, jak zerka na mnie przez kurtynę włosów, z książką wciąż otwartą na tej samej stronie. Rozsiadłem się wygodnie, wręcz nonszalancko i zacząłem bawić różdżką.
- Wiesz... zawsze się zastanawiałem co by było, gdyby to nie Gildfryg stanął na czele goblinów podczas wojny w osiemnasty wieku. - Oczywiście o niczym takim nigdy nie myślałem. Kłamstwo najwyraźniej jednak odniosło skutek, bo odrzuciła włosy do tyłu i tym razem jawnie na mnie spojrzała.
Nie odzywała się przez dłuższą chwilę, taksując mnie na poły zdziwionym, na poły zaciekawionym spojrzeniem. Już zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie przesadziłem jak na pierwszy raz, kiedy odezwała się niepewnie:
- Wydaje mi się, że niewiele by się zmieniło. Gobliny chciały tej wojny, więc myślę, że doszłoby do niej niezależnie od tego kto objąłby władzę.
I jakoś to poszło dalej. Do teraz nie wiem dlaczego wtedy, późnym wieczorem w bibliotece, dała się wciągnąć w rozmowę. Nienawidziła mnie, raniłem ją we wcześniejszych latach, a mimo to zgodziła się ze mną rozmawiać. Dała mi szansę, choć nie sądzę, żebym na nią zasługiwał. Wtedy jednak cieszyłem się chwilą.
   Po tamtym wieczorze w bibliotece, zaczęliśmy odnosić się do siebie w nieco cieplejszym tonie. Jej początkowa niepewność, że nagle znowu stanę się draniem, zniknęła w pewnym momencie na tyle, że zaczęliśmy spotykać się potajemnie.
Początkowo po prostu rozmawialiśmy, o wszystkim i o niczym. Ja opowiadałem jej o przygodach z dziecięcych lat, ona mi o życiu w mugolskim świecie. Pamiętam jaki byłem zafascynowany słuchając o tych wszystkich dziwnych rzeczach i wynalazkach, którymi mugole ułatwiali sobie życie.
   Od spotkania, do spotkania, zaczęło robić się coraz bardziej intymnie, aż wreszcie odważyłem się na kolejny krok.
Nie wiem jakiej spodziewałem się reakcji, ale na pewno nie takiej. Kiedy w chwili pełnej napięcia ciszy, nachyliłem się i dotknąłem ustami jej ust, zesztywniała. Nigdy nie spotkałem dziewczyny, która sztywniałaby od moich pocałunków zamiast mięknąć, a jednak z nią tak było. Po chwili oddała pocałunek z taką pasją, że aż zaparło mi dech, ale nie trwało to długo. Odsunęła się po paru sekundach, a jej twarz oblał słodki rumieniec.
- Dlaczego to zrobiłeś?
Nie odpowiedziałem. Dotknąłem jej twarzy, opuszkami palców kreśląc linię wzdłuż rumieńców. Złapała moją dłoń, przytrzymała ją na sekundę przy policzku, a później opuściła.
- Dlaczego? - Jej szept wkradł się w moje uszy, docierając do zakamarków duszy i wprawiając serce w drżenie. Wiedziałem dlaczego, ale czy potrafiłem to powiedzieć? Spotykaliśmy się dopiero od dwóch miesięcy, czy uwierzyłaby w moje słowa po tylu latach nienawiści?
Spojrzałem jej w oczy, zatapiając się w płynnym brązie i zbierałem odwagę. Na marne. Miałem wrażenie, że się duszę od zbyt długiego wstrzymywania oddechu, więc wypuściłem powietrze z płuc.
- Po prostu. Czy musi być jakiś powód?
Wzruszyła ramionami, jednak widziałem w jej oczach, że nie takiej odpowiedzi się spodziewała.
   Od tamtego momentu chodziła jakaś przygaszona. Coś ją gryzło, ale nie potrafiłem wyciągnąć z niej przyczyny. Zaczęła unikać spotkań, a ja zacząłem panikować. To nie mogło tak się skończyć, nie i koniec. Wiedziałem, że przepadłem i to już w momencie, kiedy pierwszy raz zobaczyłem jej uśmiech. Później poszło już z górki.
Kiedy w piątym miesiącu od rozpoczęcia bliższej znajomości, po raz kolejny wymigała się od spotkania, zakradłem się do pustej klasy i czekałem. Wiedziałem, że prędzej czy później przejdzie obok tych drzwi i w rękach Merlina było, żeby była wtedy sama.
   Chodziłem po sali tam i z powrotem, a czas dłużył mi się niemiłosiernie. Przy każdym dźwięku kroków na korytarzu moje serce przyspieszało swój rytm i za każdym razem zamierało zawiedzione. Zacząłem się bać, zastanawiać- a co jeśli się nie pojawi? Co jeśli dzisiaj postanowi pójść inną drogą?
2 godziny 46 minut i 18 sekund później rozpoznałem jej kroki na korytarzu. Bez chwili wahania otworzyłem drzwi i wciągnąłem ją do środka. Na szczęście Merlin wysłuchał moich próśb i była sama, jednak dla pewności zatkałem jej usta, żeby przypadkiem nie krzyknęła. Dopiero gdy kilka sekund później zdjąłem dłoń z jej warg zdałem sobie sprawę jak blisko siebie stoimy. Utonąłem w jej spojrzeniu, a moja dłoń, zupełnie bez mojej woli, uniosła się, żeby odgarnąć niesforny kosmyk z jej twarzy. Była tak delikatna, taka piękna, że aż bolało. Wiedziałem, że nie zniósłbym gdyby znów zaczęła mnie unikać. Patrząc w jej twarz wiedziałem, że mam już wszystko. Nie pragnąłem niczego więcej. Bez wahania ująłem ją za kark i pocałowałem. Nie odsunęła się, a ja byłem najszczęśliwszym facetem pod słońcem. Nie jestem pewien, ale to był chyba pierwszy raz kiedy powiedziałem, że ją kocham. Nigdy nie zapomnę jednak chwili, gdy usłyszałem to samo od niej.
   Był to jeden z tych rzadkich, zimnych, wiosennych dni. Mieliśmy możliwość pójścia do Hogsmeade, więc umówiliśmy się przy Wrzeszczącej Chacie. Blaise koniecznie chciał, żebym doradził mu przy wyborze nowej miotły, więc dotarłem na miejsce spóźniony, z sercem na ramieniu. Bałem się, że nie będzie czekała... ale była tam. Siedziała na kamieniu i wpatrywała się w starą, zniszczoną chatę, przekrzywiając lekko głowę. Była piękna, nawet taka okutana po sam czubek głowy. Pamiętam, że odwróciła się w moją stronę, a wszystkie moje lęki i stresy zniknęły. Radość widoczna w jej oczach sprawiła, że moje serce wykonało szalony galop, a nogi zmiękły w kolanach. Podbiegła wtedy do mnie i jak zwykle rzuciła się w ramiona. Uniosłem ją i okręciłem się dookoła, była lekka jak piórko. Kiedy postawiłem ją na ziemię, potarłem swoim nosem o jej i chciałem się odsunąć, ale mi nie pozwoliła.
- Gdzie byłeś? Martwiłam się, że nie przyjdziesz.
Zmarszczyła nosek, a ja nie potrafiłem się nie uśmiechnąć. Oparłem się czołem o jej czoło i przymknąłem powieki.
- Mówiłem, że będę. Zawsze dotrzymuję słowa.
- Wiem. - zawahała się na moment. Jej następne słowa były jak tchnienie wiatru: - Między innymi dlatego cię kocham.
Zesztywniałem. Moje ciało na moment umarło, żeby po chwili móc narodzić się na nowo. Skostniałe palce nagle odzyskały ciepło, które roznosiła pompowana w szybkim tempie krew. Odsunąłem ją na wyciągnięcie ręki i spojrzałem w oczy z dziwnym lękiem, że może się przesłyszałem.
- Możesz powtórzyć?
Spojrzała mi w oczy z pewnością oraz szczęściem, jakie od jakiegoś czasu było mi dane oglądać za każdym razem gdy na mnie patrzyła.
- Kocham cię, Draco.
Umarłem wtedy ze szczęścia, dosłownie. Po raz kolejny uniosłem ją do góry. Okręcałem dookoła, a ona się śmiała. Jej śmiech z tamtego dnia, to szczęście, że sprawiła mi radość, wciąż wraca do mnie w chwilach słabości.
Do zakończenia roku byliśmy niemalże nierozłączni. Niemal, ponieważ nie wiedział o nas zupełnie nikt. Byliśmy młodzi, byliśmy zakochani. Wbrew wszystkim ludziom, całemu światu... wbrew moim rodzicom.

  Okres wakacyjny był dla nas niezłą szkołą przetrwania. Dni bez jej obecności były dla mnie katorgą. Zachowywałem się jak przykładny syn. Byłem taki, jakim mój ojciec, Lucjusz, zawsze chciał mnie widzieć. Niestety sprawę jeszcze bardziej komplikowała obecność Voldemorta w naszym domu... bałem się, to oczywiste. Mugole i ludzie nieczystej krwi byli dla niego najgorszym robactwem. Na samą myśl o tym, co by zrobił jej, mi, mojej rodzinie, gdyby dowiedział się o naszym związku...
Udawało mi się utrzymywać wszystko w tajemnicy. Choć usychałem każdego dnia, nie napisałem do niej, a i ona też nie pisała do mnie. Mimo że wiedziałem, że tak powinno być, wciąż bolało.
Było ciężko, nie spodziewałem się jednak, że może być jeszcze gorzej. Czarny Pan, wściekły na mojego ojca na nieudaną akcję z przepowiednią, postanowił odegrać się na nim z moim udziałem. Wiadomość, że mam zabić człowieka... tego nie da się opisać. Byłem przerażony, wściekły i zrozpaczony. Nie chciałem tego robić, ale wiedziałem, że muszę grać, dla mojej matki, dla siebie... dla niej.
   Wróciłem z powrotem do szkoły z o wiele większym bagażem emocjonalnym niż w czerwcu, kiedy ją opuszczałem. Świadomość tego co muszę zrobić niszczyła mnie od środka i dopiero jej widok złagodził nieco tę psychiczną udrękę.
Przez dwa miesiące wakacji nie zmieniła się ani trochę. Wciąż była śliczna i roześmiana. No, może włosy urosły jej o kilka centymetrów, ale więcej zmian nie zauważyłem.
Od kiedy zobaczyłem ją na peronie, moje myśli kręciły się tylko wokół tego, żeby wziąć ją w ramiona. Poczuć jej zapach i przypomnieć smak jej ust.
Złapałem ją podczas podróży jak szła do toalety i w pustym przedziale udało mi się skraść kilka pocałunków. Po wszystkim patrzyłem jak wychodzi zarumieniona i szczęśliwa, a moje serce powoli zaczęło wracać do normy.
   Wiedziałem, że ten rok będzie zupełnie inny i nie myliłem się. Nosiłem milion masek, zmieniając je zależnie od osób i sytuacji. Tylko przy niej udawało mi się być w pełni sobą. Tylko przy niej potrafiłem zapomnieć o ciążącym na mnie zadaniu i śmiać się naprawdę szczerze. Zdarzały się momenty, gdy ciężar rzeczywistości przygniatał mnie bardziej niż zwykle. Starałem się ukryć to najlepiej jak mogłem, jednak była zbyt bystra. Zbyt dobrze mnie znała, żebym mógł cokolwiek przed nią udawać.
- Powiedz mi co się dzieje. - Prosiła.- Wiesz, że możesz powiedzieć mi o wszystkim. Poradzimy sobie ze wszystkim.
„My”. Mówiła „poradzimy”, nie „poradzisz”. Uwielbiałem ją za te słowa. Kochałem w niej wszystko. Każdą rzęsę na jej powiece, każdą zmarszczkę na nosie gdy mocno nad czymś myślała. Kochałem błysk w jej oczach gdy wymawiałem jej imię. Jej dziecięcą radość gdy opowiadałem o najbardziej błahych rzeczach. Chciałem dać jej wszystko co mogłem. Chciałem oddać siebie, życie w razie potrzeby, a nie potrafiłem dać jej tej jednej, jedynej rzeczy- prawdy.   
Za każdym razem przyciągałem ją do siebie, obejmowałem ciasno i opierałem brodę na jej głowie.
- Nic mi nie jest, naprawdę.
I to wszystko. Na nic więcej sobie nie pozwalałem. Nie wierzyła mi, widziałem to w jej oczach, a jednak nie naciskała. Godziła się przyjmować mnie w całości takiego, jakim byłem i to było piękne. Nie wiedziałem czym zasłużyłem sobie na tak cudowną dziewczynę, ale nie miałem zamiaru tego roztrząsać.
Rozdzielałem swoje życie na radość i katorgę. Na miłość i strach.
Jakoś udało mi się ukrywać zadanie od Czarnego Pana, nie udało się jednak ukryć sprzętów.
Większość rzeczy trzymałem w Pokoju Życzeń, w starej rupieciarni, która od setek lat służyła mieszkańcom zamku za składzik na niepotrzebne rzeczy. Niestety tak się zdarzyło, że uwielbiała to miejsce także ona. Nie raz i nie dwa siedziałem na starym krześle obserwując, jak przechadza się alejkami, z pietyzmem dotykając starych rzeczy z zamierzchłych czasów. Była tak seksowna ze swoim pociągiem do wiedzy, że było to aż niemożliwe.
Nigdy nie myślałem o tym, że wśród tych wszystkich szpargałów może znaleźć akurat moje rzeczy. Byłem tak pewny siebie, że nawet nie postarałem się by schować wszystko dostatecznie dobrze.
Miałem kilka pomysłów jak wypełnić powierzone mi zadanie. Posiadałem też kilka „gadżetów”, które miały mi w tym pomóc, a wszystko schowałem właśnie w Pokoju Życzeń.
Pamiętam jak dziś moment, gdy niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do miejsca, w którym schowałem zaklęty naszyjnik. Na początku nie skojarzyłem faktów, zbyt zafascynowany jej ruchami i kuszącym spojrzeniem. Jej usta układały się w cichy szept, docierając do mnie z odległości. „Kocham cię” mówiła, a moje serce drżało z radości.
Dotarło do mnie co się dzieje dopiero w momencie, gdy zatrzymała się przy jednej z szafek z niedomkniętą szufladą. Zanim jednak zdążyłem choćby krzyknąć, włożyła do niej dłoń... a dla mnie czas zatrzymał się w miejscu. Jak w zwolnionym czasie obserwowałem szok wymalowany na jej twarzy. Ostatnie spojrzenie w moją stronę i nieme pytanie wymalowane w brązowych oczach, zanim upadła na podłogę z głuchym hukiem.
Nie pamiętam bym kiedykolwiek wcześniej był tak przerażony. Nie liczyło się nic innego. Nie ważny był Voldemort, nie ważne zadanie, nie ważny gniew rodziny ani moja nienawiść do Snape'a. Wiedziałem, że muszę ją ratować, a właśnie on, stary Snape, był moją jedyną nadzieją. Nie wiem jak udało mi się dotrzeć do lochów niezauważonym. Być może było już późno, może mijałem jakiś ludzi, nie wiem. Biegłem, widząc świat przez z trudem hamowane łzy. Wiedziałem, że gdyby umarła... słowa „nigdy bym sobie nie wybaczył”, to mało powiedziane.
Bez pukania wpadłem do gabinetu Snape'a, od razu kierując się w stronę niewielkiego łóżka w rogu. Zignorowałem jego pytające spojrzenie, miałem w nosie to że jest nauczycielem. Podniosłem go za szatę i skierowałem w stronę łóżka.
- Uratuj ją, słyszysz? Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ona musi żyć!
Łzy spłynęły mi po policzkach, ale miałem to gdzieś. Prócz niej nie liczyło się dla mnie zupełnie nic. Jej blada skóra i zamknięte oczy rodziły w mojej głowie jak najgorsze scenariusze. Nic nie mogłem poradzić na to, że coraz szybciej i chętniej zacząłem staczać się mrok.
Ocucił mnie dopiero mocny cios w tył głowy.
- Jej puls jest ledwo wyczuwalny. Możesz mi powiedzieć co się, na Salazara, stało?
Więc powiedziałem. Nie wdając się w szczegóły opowiedziałem o ociepleniu się naszych stosunków, o realizacji zadania i o tym feralnym wieczorze.
Nigdy nie widziałem Snape'a tak bardzo przerażonego jak wtedy, gdy powiedziałem o naszyjniku.
- Dotknęła go nagą skórą?
- Tak...
- Salazarze, Draco! Nawet nie wiesz jakie ma szczęście, że jeszcze żyje. To musiało być tylko lekkie dotknięcie. Gdyby kontakt ze skórą trwał trochę dłużej...
Nie chciałem i nie mogłem tego słuchać. Doskonale wiedziałem jak mogło się to skończyć i wcale nie poprawiało to mojego samopoczucia.
- Dasz radę ją uratować?
Miałem wrażenie, że te kilka sekund w których milczał, było całą wiecznością.
- To zależy.
- Od czego?
Spojrzał na mnie, a ja ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że znów widzę świat przez łzy.
- Domyślam się, że nie chcesz iść do pani Pomfrey – kiedy potwierdziłem, tylko kiwnął głową. - Masz jeszcze ten naszyjnik z kamieniem nunshu?
Spojrzałem na niego zdziwiony, ale bez słowa ściągnąłem z szyi duży, zielony kamień na cienkim wisiorku. Otrzymałem go od ojca przed powrotem do szkoły. Miał ułatwić mi zadanie. Dzięki niemu mogłem sprawić, że ludzie zapominali, że mnie widzieli czy ze mną rozmawiali.
Obserwowałem jak podchodzi z wisiorkiem do nieprzytomnej Hermiony, a moje serce zaczęło bić w zawrotnym tempie.
- Co robisz?
Zatrzymał się na moment obracając z moją stronę.
- Chcę ją uratować. Nie masz zamiaru iść do Pomfrey... zresztą, nawet gdybyś chciał to nie mógłbym ci pozwolić, więc to jest jedyne wyjście.
Patrzyłem na niego osłupiały, a słowa wlewały się w mój umysł jakimś niewyraźnym potokiem. Rozumiałem co do mnie mówi... ale nie rozumiałem. Nie chciałem i nie potrafiłem zrozumieć.
- Ale co ma do tego kamień nunshu?
Westchnął głośno, ale tym razem się nie obrócił.
Poza znanymi ci właściwościami nunshu, przy pomocy prostego zaklęcia stanowi swoiste lekarstwo na skutki po zetknięciu z klątwą.
Obserwowałem jak przykłada kamień do jej serca, a on rozjarza się jasnym blaskiem... i wciąż coś mi nie pasowało.
- Ale czy ona...
Tym razem na mnie spojrzał, a w jego oczach zobaczyłem wszystko to, czego się obawiałem. Ugięły się pode mną kolana, a ziemia nagle znalazła się zbyt blisko mojej twarzy. Oparłem się dłońmi o zimne kamienie, z trudem panując nad drżeniem.
Przykro mi Draco. Tak będzie lepiej...
- Jak może być lepiej? - wyszeptałem. Sam się zdziwiłem jak wiele bólu i goryczy było w moim głosie. - Jak może być lepiej, skoro nie będzie mnie pamiętać? Bo nie będzie prawda? Zapomni wszystko... wszystko co wydarzyło się między nami?
Odważyłem się podnieść głowę i po raz kolejny żałowałem, że to zrobiłem. Jego oczy znów wyrażały wszystko czego się bałem.
- Tak. Nie będzie cię pamiętała. A przynajmniej nie ciebie z ostatnich dwóch lat.
Miałem wrażenie jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi, jednocześnie odcinając dopływ tlenu. Gdybym wtedy mógł umrzeć...
- Dlaczego? Dlaczego musi zapomnieć tak długi okres czasu?
- To silna klątwa i potrzeba dużej mocy kamienia, żeby ją uzdrowić...
Znowu chciał położyć mi dłoń na ramieniu, ale nie potrzebowałem jego litości. Odsunąłem się od wyciągniętej ręki i podczołgałem w stronę łóżka.
Spojrzałem na jej bladą skórę usianą maleńkimi piegami, na jej usta, które tak uwielbiałem całować. Na jej włosy rozrzucone wokół głowy i długie rzęsy. Oczami wyobraźni widziałem jak unosi powieki i patrzy na mnie z miłością. „Poradzimy sobie”.
Pomyślałem o moich rodzicach, o zadaniu od Voldemorta i o wszelkim niebezpieczeństwie z jakim przyjdzie mi się teraz zmierzyć. Czy chciałem, żeby brała w tym udział? Być może gdybym przycisnął Snape'a, znalazłby inny sposób, żeby ją uratować... ale nie było na to czasu. Umierała na moich oczach, a ja nie miałem zamiaru do tego dopuścić. Była dla mnie wszystkim. Moim marzeniem, spełnieniem, życiem. Nie mogłem jej stracić.
- Zrób to.

   Kiedy odnosiłem ją, wciąż nieprzytomną w stronę wieży Gryffindoru, nie mogłem przestać na nią patrzeć. Upajałem się jej widokiem, zapachem i obecnością, podświadomie czując, że mogę więcej nie mieć takiej okazji.
Miałem ukartować jakiś dziwny wypadek i przekonać się, że ktoś znajdzie ją na korytarzu. Ułożyłem ją najdelikatniej jak potrafiłem niedaleko wieży i przyklęknąłem obok jej głowy. Odgarnąłem włosy z jej twarzy i pochyliłem się, żeby po raz ostatni złożyć pocałunek na jej czole.
- Kocham cię, Granger.
Machnąłem różdżką, żeby huknęło w drzwi od dormitorium gryfonów, pogłaskałem ją po twarzy i schowałem się za ścianą. Upewniłem się, że ktoś wyszedł i ją zabrał, a później uciekłem.
Daleko, jak najdalej.
Biegłem przed siebie, nie myśląc nawet gdzie mnie niesie. Pamiętam, że minąłem Salę Wejściową, później jezioro i pognałem dalej. Zatrzymałem się dopiero gdzieś w Zakazanym Lesie, zmęczony, wyzuty z wszelkiej woli do życia. Czułem się jakby ktoś wypompował ze mnie całe szczęście. To, co czułem jeszcze kilka godzin wcześniej było jak nierealny sen. Raniło mnie tysiącem małych sztylecików, rozcinając moje serce na milion kawałków, dźgając bezlitośnie.
Nie pamiętam powrotu do zamku. Nie wiem czy ktoś mnie znalazł, czy trafiłem sam i mało mnie to obchodziło. Od tamtego wieczoru żyłem jak zjawa. W dzień spałem, w nocy harowałem, nic nie jadłem. Skupiłem się na zadaniu, starając się wyprzeć z pamięci jej spojrzenie pełne miłości, jej zapach, dotyk. Czułe słowa „kocham”... Wspomnienie o niej nie dawało mi żyć, a widok szczenięcych zalotów między nią, a tym rudzielcem Weasley'em tylko jeszcze bardzie pogrążało mnie w otchłani rozpaczy. Nie raz i nie dwa miałem podejść do niej, zagadnąć, postarać się jej przypomnieć... ale zawsze powstrzymywały mnie słowa Snape'a: „ Zostaw ją. Wiesz, że w świecie Voldemorta wasz związek nie będzie miał prawa bytu. Chyba nie chcesz, żeby zginęła?”. Nie chciałem, dlatego robiąc jeden krok w jej stronę, zawsze cofałem się dwa kroki w tył, a resztki mojego serca wyły z bólu.

   Minął rok, wykonałem zadanie, musiałem zniknąć. Zanim uciekłem w towarzystwie Snape'a i innych śmierciożerców, zobaczyłem ją wśród grupy walczących. Żyła. Kiedy spojrzała w moją stronę, mała nadzieja zaczęła kiełkować w moim sercu... jednak od razu została zduszona. W jej oczach nie zobaczyłem nic poza niedowierzaniem.

*
   Od tamtego momentu minęło dziesięć lat. W czasie wojny widziałem ją jeden jedyny raz, kiedy ciotka Bellatrix torturowała ją na podłodze Malfoy Manor. Ten widok nawiedza mnie w najgorszych koszmarach, a jej krzyk do teraz budzi w nocy. Całym sobą rwałem się, żeby tylko jej pomóc, ale matka wyprowadziła mnie stamtąd. Być może opacznie zrozumiała moją minę i łzy w oczach. A może po prostu nie chciała, żeby ktoś zobaczył w jakim jestem stanie. Nigdy już się nie dowiem.
Po wojnie uciekłem, żeby ją znaleźć. Wreszcie miałem szansę wszystko odbudować. Spróbować przywrócić jej pamięć, zacząć wszystko jeszcze raz. Ale gdy ją odnalazłem, było już za późno. Oddała serce innemu, a ja mogłem tylko patrzeć jak patrzy na niego tym samym wzrokiem, jakim patrzyła kiedyś na mnie. Jak jej uśmiech, przeznaczony kiedyś tylko dla mnie, teraz dostawał ktoś inny... Wiedziałem wtedy, że przegrałem całą sprawę. Nawet gdybym chciał, nic bym nie zdziałał. Równie mocno jak ją kochałem, chciałem by była szczęśliwa, a jak widać to szczęście znalazła.

   Dziś, po dziesięciu długich latach, nauczyłem się z tym żyć. Mam piękną żonę i ślicznego synka, ale w naszym domu brakuje tego specjalnego rodzaju miłości. Staram się być dobrym mężem i ojcem. Nigdy nie zapominam o urodzinach, rocznicach i świętach. Jestem zawsze gdy mnie potrzebują. Rozmawiam, słucham, dbam o nich najlepiej jak potrafię. A jednak wciąż, patrząc codziennie na Granger mijającą mnie na korytarzach Ministerstwa Magii, nie potrafię pozbyć się myśli co by było gdyby nie natknęła się wtedy na ten durny naszyjnik. Czy byłaby wtedy matką mojego dziecka, wciąż zakochaną we mnie po uszy? A może nasze drogi by się rozeszły?

Najgorsze dla mnie jest to, że już nigdy nie otrzymam odpowiedzi na te i milion innych pytań. Zniknęła z mojego życia jak ulotny sen, a mimo to wciąż w nim jest, niedostępna i nieuchwytna jak powietrze. I tylko wciąż wyraźne wspomnienia oraz nie znikający zapach jaśminu nie pozwalają mi zapomnieć o najpiękniejszej... o jedynej miłości jaką dane było mi przeżyć.

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział dziesiąty: EPILOG

X

Epilog:
Prawda, nadzieja i miłość


Prawda...
Prawda ma wiele twarzy.
Zadaniem każdego człowieka
jest odkrycie tej najbardziej ukrytej.
M.D.



Draco Malfoy – bohater czy morderca?

Dracon Lucjusz Malfoy – były śmierciożerca, obecny Minister Magii. Przez jednych pogardzany, przez wielu innych podziwiany. Każdy zna jego historię niemalże od podszewki, czy tyczy się to także teraźniejszości? Czy czarodzieje wiedzą jaki mroczny sekret skrywa rodzina Malfoy'ów? Specjalnie dla „Proroka Codziennego” odkrywa go słynna reporterka, Parvati Patil.
Nie od dziś wiadomo, że na świecie istnieje wielu ludzi spalanych żądzą mordu, radujących się krzywdą innych. Po upadku Sami- Wiecie- Kogo, byliśmy przekonani, że nasze problemy i cierpienia się zakończą. Nikt, zupełnie nikt nie potrafił przewidzieć takiego obrotu spraw. Ale czy nie tak właśnie działa zło? Skrada się przyczajone i wychodzi z mroku całkowicie nieoczekiwane.
Organizacja „Błękitna Zemsta” zebrała się kilka lat temu – jak dowiedzieliśmy się z wiarygodnego źródła- pod przywództwem niejakiego Joshuy Lucjusza Cartera. Jeżeli jakaś część imienia czy nazwiska tego osobnika wydaje się Państwu znajoma – jesteście na dobrym tropie.
Ze względu na swoje ogromne podobieństwo to teraźniejszej Głowy magicznego społeczeństwa- Ministra Dracona Lucjusza Malfoy'a- został z nim niejednokrotnie pomylony. Kiedy postanowił pokazać się ludziom od razu uznano, że jest to Minister Magii we własnej osobie. Gdzie podziało się całe zaufanie społeczności?
Przyznam szczerze, ze sama nie miałam w tej kwestii całkowitej pewności, jednak po długotrwałych poszukiwaniach, a także rozmowach z głównymi zainteresowanymi, mogę z ręka na sercu napisać, że Dracon i Joshua są dwiema całkowicie odrębnymi osobami.
Skąd w takim razie wziął się ten cały „Josh”?
Okazuje się, że zmarły Lucjusz Malfoy Senior nie był wcale tak przykładnym mężem jak się wszystkim wydawało.
Jak donoszą najnowsze źródła, śp. Narcyza Malfoy przez dłuższy czas miała problemy z poczęciem dziedzica. Jej dumny małżonek nie mógł zostawić tego bez echa, postanowił więc wziąć sprawy „w swoje ręce” i zadbać o „plan B”. Czy było to dobre rozwiązanie? Cóż, patrząc na wydarzenia z kilku dni wstecz, można śmiało wysunąć stwierdzenie, że ani trochę. Jeszcze większe kontrowersje pociąga za sobą fakt pochodzenia matki bękarta.
Joshua Lucjusz Carter przyszedł na świat 27 marca 1978 roku, w bogatym domu na przedmieściach Denver. Jego matka była sławną aktorką (zawód, bardzo popularny wśród mugoli) i nie miała w sobie ani kropelki magicznej krwi. Dlaczego więc została wybranką tak bardzo rygorystycznego i dbającego o czystość krwi człowieka jakim był Lucjusz Malfoy? Odpowiedzi na to pytanie nie poznamy niestety nigdy.
Mroczny sekret Lucjusza Malfoy'a wreszcie ujrzał światło dzienne, oczyszczając jego prawowitego dziedzica ze wszystkich podejrzeń w związku z jego rzekomą przynależnością do „Błękitnej Zemsty”. Jeżeli myślicie jednak że to koniec niespodzianek – bardziej pomylić się nie mogliście.
Okazuje się, że głównym celem przywódcy organizacji ( J. Cartera) oczywiście była zemsta... jednak nie w imieniu Tego-Którego-Imienia-Niewolno-Wymawiać. Z zazdrości o pozycję społeczną swojego przyrodniego brata, postanowił pogrążyć go w najgorszy możliwy sposób- wrabiając go w morderstwo, degradując ze stanowiska, a ostatecznie eliminując Hermionę Granger (więcej informacji na str. 10 „Nowa miłość Ministra Magii?”).
Gdyby nie ciągłe interwencje najlepszego przyjaciela Ministra, Blaise'a Zabiniego, nie wiadomo jak skończyłaby się ta historia (więcej na str. 17 „Tragedia i heroizm Blaise'a Zabiniego – szaleństwo czy bezgraniczna lojalność?”). 

*~*~*

Nadzieja...
Nadzieja przychodzi do człowieka wraz z drugim człowiekiem.
Dante Alighieri

Rok później

Białe, sterylne ściany mogły wprowadzić w przerażenie każdego człowieka bez wyjątku- nawet tak wysoko postawioną osobistość jaką był Dracon Lucjusz Malfoy. Rozglądał się na boki z nieudolnie ukrywaną nerwowością, a jego ręce pokrywały malutkie kropelki potu. Nie ważne było ile razy pokonywał już tę drogę, szalone spojrzenia śledzące każdy jego ruch, nie były szczytem jego marzeń. Owszem, lubił gdy wodzono za nim wzrokiem... jednak nie w taki sposób. Wzdrygnął się nieznacznie, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby spoglądając na towarzyszącą mu kobietę. W przeciwieństwie do niego nie okazywała żadnych oznak zdenerwowania czy niepokoju. Kroczyła dumnie, z miną jak zwykle wyrażającą bezgraniczną pewność siebie... Jak ona to robiła? Jak utrzymywała ten spokój, kiedy on -Minister Magii!- miał ochotę dać nogi za pas?
- No co? - Kiedy usłyszał jej głos, zdał sobie sprawę, że wciąż na nią patrzy... poczuł jak twarz oblewa mu niechciany rumieniec.
Wzruszył ramionami i odwrócił spojrzenie, by nad sobą zapanować.
Widząc jego reakcję, kobieta pokręciła jedynie głową, po czym skręciła za prowadzącą ich pielęgniarką.
Niska, krępa kobieta, o niezbyt przyjaznej twarzy, otworzyła przed nimi drzwi, a po chwili zasłoniła je własnym ciałem. Założyła ręce na piersi, przekrzywiając głowę tak, że jej niechlujny kok zleciał nieco na lewą stronę.
- Żadnych krzyków, żadnych ostrych narzędzi, żadnego...
- Tak, tak. Wiemy o tym – przerwał jej Malfoy, nie zważając na maniery przystające osobistości jego pokroju. Ile razy można słuchać tego samego?
Pielęgniarka zwęziła swoje ciemne oczy, jednak bez słowa odeszła tą samą drogą, którą przyszli.
- Musiałeś być taki niemiły? - Zapytała Hermiona, kiedy już znaleźli się w pokoju- znów białym i sterylnym, jakżeby inaczej. Przewiesiła swój płaszcz przez oparcie krzesła i posłała mu niezbyt przychylne spojrzenie.
- Daj spokój. - Machnął ręką, zbywając jej przytyk. - Nie masz już dość słuchania w kółko tej samej regułki? Przecież...
- Cześć. Też się cieszę, że was widzę. - Odezwał się głos spod ściany, skutecznie przyciągając ich uwagę. Draco momentalnie odwrócił się w tamtą stronę, patrząc jak Hermiona podchodzi do łóżka i wita się z przyjacielem.
- Jak się masz, Blaise?
- Jak widać. - Uśmiechnął się uśmiechem, który powoli zaczynał przypominać ten sprzed lat. Ten sam, który widniał na jego twarzy, zanim... cóż, zanim zginęła Ginny.- Jestem wymyty za wsze czasy! Codziennie mnie karmią, a raz na dzień mogę wyjść na spacer po gościńcu. Żyć nie umierać!
- Widzę, że znów wraca ci ochota na żarty! - powiedział Draco, posyłając przyjacielowi krzywy uśmiech. - Choć muszę przyznać, że wciąż jeszcze są kiepskie...
- Draco!- fuknęła Hermiona, patrząc na niego z oburzeniem. Wbrew jej ostrzeżeniu, Zabini wybuchnął głośnym, o dziwo!, szczerym śmiechem.
Malfoy spojrzał na niego, lustrując jego postać z góry na dół. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, jak dawno nie patrzył na niego w ten sposób. Na wyciągnięcie dłoni widać było, jak bardzo zmienił się Zabini od wydarzeń sprzed roku. Jego twarz znów nabrała śniadego koloru, policzki zrobiły się pełne, a przycięte włosy znów lśniły czystością i dawnym blaskiem. Tylko w jego ciemnych oczach wciąż brakowało starej iskierki wesołości... i raczej nie powróci już nigdy.
Zatopiony we własnych myślach nie zauważył, że w pomieszczeniu pojawiła się jeszcze jedna osoba. Siedząca przed nim para nagle przerwała rozmowę, więc po raz kolejny skupił się na postaci Zabiniego. Zauważył zmianę, jaka nastąpiła w jego twarzy, gdy spojrzał w stronę drzwi. Mógłby przysiąc, że już gdzieś widział ten wyraz twarzy... tak. Mniej więcej w ten sposób Diabeł zawsze patrzył na swoją Wiewiórkę. Ale jakim cudem...?
Zanim zdążył zrobić choćby jeden ruch, wyminęła go zwinna, szczupła kobieta, kierując się wprost w stronę łóżka. Hermiona rozpromieniła się na jej widok, a w oczach Zabiniego błysnął jakiś bliżej nieokreślony płomyk... Przez jedną chwilę mógłby przysiąc, że widzi rude włosy byłej ukochanej przyjaciela, jednak szybko odrzucił tę wizję.
- Riley! Jak dobrze cię widzieć! - zawołała Hermiona, przytulając do siebie przyjaciółkę. Oczywiście, że to nie mogła być Weasley, głuptasie...
Jestem tutaj praktycznie codziennie – odpowiedziała Riley, głaszcząc Zabiniego po twarzy. Był to gest machinalny, a jednak tak naturalny, jakby zachowywali się w ten sposób codziennie. Blaise wtulił się w jej dłoń, przymykając lekko powieki. Riley uśmiechnęła się, patrząc na niego z czułością, a Hermiona i Draco wymienili spojrzenia.
Po chwili Draco kiwnął głową, a Hermiona podniosła się z miejsca i cicho wymknęli się z pomieszczenia, całkowicie niezauważeni.
Zatrzymali się za drzwiami, patrząc na siebie z niedowierzaniem.
- Widziałeś to co ja?
- To zależy o co pytasz – powiedział Draco, uśmiechając się zadziornie. - Jeżeli chodzi ci o maślane oczy Zabiniego, które robi do tej twojej Riley, to nie dało się tego nie zauważyć...
W odpowiedzi dostał mocnego kuksańca, a po chwili po korytarzu rozniósł się radosny okrzyk.
- Nie mogę w to uwierzyć- emocjonowała się Hermiona, ruszając w stronę wyjścia. - Jak mogliśmy tego nie zauważyć?
- Nie mam pojęcia. - Kulturalnie przytrzymał jej drzwi, po czym ruszył jej śladem. - Może zaczęło się to dopiero niedawno?
Hermiona zamyśliła się na moment przetrawiając jego słowa. Po krótkiej chwili pokręciła głową, a na jej ustach wykwitł uśmiech.
- A właściwie, czy to ważne? Nareszcie zaczyna dochodzić do siebie.
Draco kiwnął głową z zapałem.
- Jeszcze jest dla niego nadzieja!
- Myślę, że to ona jest jego nadzieją.


*~*~*

Miłość....
"Miłość to złota nitka,która przechodzi przez wszystko,
wyciąga nas z mrocznych dni w połyskujące światło."

N. Shisler: "Kruchość"

3 lata i 4 tygodnie później...

Draconie Lucjuszu Malfoy! Znowu zostawiłeś skarpetki pod stołem!
Krzyk Hermiony, od dwóch lat już nie Granger, a Malfoy, poniósł się po całym domu. Nienawidziła niechlujstwa swojego męża, niestety niektórych przyzwyczajeń nie da się wyplenić na stare lata...
Szybkim ruchem zgarniała porozrzucaną garderobę, mamrocząc jednocześnie pod nosem.
Już miała odwrócił się, by krzyknąć po raz drugi ze zdwojoną siłą, kiedy w drzwiach pojawił się Draco z ich roczną pociechą na rękach.
Mała Elaine była ich prawdziwym skarbem– rzadko zdarzało się by kobieta w wieku Hermiony urodziła w pełni zdrowe dziecko... a jednak cuda się zdarzają. Dziewczynka wniosła w ich życie tak wiele szczęścia, że jego ilość całkowicie zrekompensowała dawne lata smutku.
- Widzisz Ellie?- powiedział Draco, sadzając małą w dziecięcym krzesełku. - Mama tylko krzyczy i krzyczy. Musimy ją jakoś rozluźnić, prawda?
Wzrok jakim obdarzył małą, mógłby roztopić największy lód.
Mimo zdenerwowania, Hermiona nie potrafiła powstrzymać uśmiechu czułości, który cisnął jej się na usta.
Podeszła do Dracona, wciąż pochylonego nad małą i, całkowicie zapominając o wciąż rozrzuconych skarpetach, z ufnością wtuliła się w jego bok.
W młodości zawsze marzyła, że kiedyś spotka ją wielka miłość. Tak wielka, że nie będzie widziała świata poza swoim mężczyzną. Że będą wpatrzeni tylko w siebie, będą żyć tylko dla siebie. Do pewnego momentu myślała, że tym mężczyzną będzie Ronald... jednak dobrze, że tak się nie stało. To nie on był jej przeznaczony, nie jego powinna kochać. Draco. To na niego czekała całe swoje życie. Czy byli sobie przeznaczeni już w momencie, gdy spotkali się po raz pierwszy? Nie wiedziała tego, jednak wraz ze świadomością uczucia jakim go darzy, zrozumiała, że jej wyobrażenie o miłości było mylne.
W miłości nie chodzi o to by być zapatrzonym w siebie nawzajem, lecz o to by patrzeć w tą samą stronę. Zyskała przyjaciela, partnera i ukochanego w jednym, a ukoronowaniem ich związku było maleństwo, które w tym momencie przyglądało im się swoimi bystrymi, brązowymi ślepkami.
Poczuła jak Draco obejmuje ją ramieniem, a po chwili utonęła w jego niedźwiedzim uścisku.
A jednak na stare lata można znaleźć prawdziwą miłość...
Uniosła głowę by spojrzeć mu w oczy. To, co widziała w nich każdego dnia było czymś stałym, wiecznym, zesłanym przez los. Odwzajemnił spojrzenie, pocierając lekko swoim nosem o jej.
Kto by się spodziewał, że ten chłodny Minister może mieć w sobie tyle czułości...?
Kocham cię.
- A ja ciebie.
W momencie gdy ich usta połączyły się w pocałunku, nie potrzeba było więcej słów. Mieli wszystko czego potrzebowali. Za sobą burzliwą przeszłość, piękną teraźniejszość i jeszcze lepszą przyszłość. Bez nienawiści, bez zemsty, bez złości.

Zemsta jest tylko jedną z odmian lamentu i tylko miłość jest w stanie w pełni nas wyzwolić


Koniec





Koniec... Zaczynając pisać to opowiadanie, byłam pewna, że pójdzie mi szybko- niestety myliłam się. Z czasem rozdziały zaczęły pojawiać się coraz rzadziej, za co przepraszam wszystkich czytelników, którzy na nie oczekiwali. Nie mam nic na swoje wytłumaczenie. Nie potrafiłam się zebrać.
Nie jestem za bardzo zadowolona z epilogu, myślę, że będę musiała przejrzeć go jeszcze kilka razy zanim wyłapię wszystkie błędy i niedoskonałości. Nie chciałam jednak ciągnąć tej niepewności, czy opowiadanie zostanie skończone czy nie. Zostało. Mogę to podpiąć pod mój kolejny, mały sukces. 
Wraz z zakończeniem "Czasu zemsty" miałam zamiar rozstać się z Dramione, teraz jednak nie jestem już pewna czy tego chcę. Mam pomysł na dwa niedługie opowiadania,lecz czy się pojawią i kiedy - nie wiem. Na razie nie mam czasu na nic poza nauką i pisaniem innego rodzaju tekstu. 

Na ten moment dziękuję serdecznie wszystkim czytelnikom - zarówno "Prawdziwe miłości" jak i "czasu zemsty", że byli przy mnie, że czytali. Mam nadzieję, że sprawiłam Wam choć niewielką przyjemność swoimi tekstami.

Nie mówię więc "żegnajcie", ale "do zobaczenia". Myślę, że jeszcze o sobie usłyszymy!

Wasza,
M.D.

niedziela, 23 listopada 2014

Czas zemsty: Rozdział dziewiąty

Całe dwa miesiące... Wybaczcie. Zupełnie nie wiem co mam powiedzieć, jak się wytłumaczyć.
Pewnie większość z Was dała sobie już spokój z czytaniem tego bloga, jednak ja wciąż jestem, pamiętam i mam zamiar skończyć tę historię. 
Przepraszam Was bardzo za tę zwłokę. Nie było czasu, zabrakło weny... Mam nadzieję jednak, że ten rozdział Wam to zrekompensuje.
Wszystkim tym, którzy jeszcze są: miłej lektury!
M.D.

*~*~*


IX

Szaleństwo

Szaleństwo to potwór,
który zasiedla umysł każdego człowieka.
Wije się, podgryza, aż wreszcie
atakuje pochłaniając całe jestestwo.
M.D.

If I told you where I’ve been
Would you still call me baby?
And if I told you everything
Would you still call me crazy?
James Young „Dark star”





Christopher...
Nie żyje. Poświęcił się. Dla niej.
Nie, nie nie...
Głośny krzyk zamarł na jej ustach, zmieniając się w chrapliwy kaszel. Zmysły szalały, niemal całkowicie wyłączając jej wrażliwość na bodźce zewnętrzne. Z ledwością rejestrowała uścisk dłoni na swoim ramieniu. Rozmyty obraz nie pozwalał jej dostrzec twarzy porywacza. Łzy. To one mąciły jej wzrok i myśli. Obraz martwego ciała Christophera raz po raz pojawiał się w jej głowie, wyduszając z piersi głuchy szloch.
Przeżyła wojnę. W swoim niespełna czterdziestoletnim życiu przeżyła i zobaczyła już wiele, jednak poświęcenie nastoletniego dziecka...
Dlaczego nie zauważyła, że wstał z łóżka? Jakim cudem nie dostrzegła, że biegnie w jej stronę? Nie mogła zrozumieć jego zachowania. Skąd tak wielki akt bohaterstwa u zaledwie nastoletniego chłopca, kiedy nawet dorośli ludzie nie są zdolni do takich czynów? Co go motywowało?
Już nigdy się nie dowie.
Przystanęła na moment czując, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Wyrwała rękę z uścisku, pochylając się do przodu. Minął krótki moment nim była wstanie zrobić wdech pełną piersią, jednak serce wciąż pulsowało bólem.
- Granger, idziemy.
Znajomy głos częściowo wyrwał ją z otępienia. Podniosła głowę, z dezorientacją spoglądając w ciemne oczy Blaise'a. Nie zobaczyła w nich zupełnie nic. Były jak dwie ziejące dziury i to przeraziło ją bardziej niż wszystko co się dotychczas wydarzyło. Kim jest ten człowiek?
Nawet nie zareagowała kiedy prychnął i na nowo złapał ją za ramię. Bez większych oporów pozwoliła ciągnąć się do przodu i dopiero po chwili dotarło do niej, że idzie ciemnym korytarzem, oświetlanym jedynie równo porozmieszczanymi pochodniami. Gdzie jest? Co się dzieje?
Odpowiedź nadeszła wraz z minięciem kolejnego zakrętu, gdzie zatrzymała się przed kamiennymi schodami, prowadzącymi... do lochu.
Spojrzała ze zdumieniem na twarz Zabiniego, starając się doszukać jakiegokolwiek wyjaśnienia, dojrzała jednak obojętność. I tylko fakt, że znała go naprawdę dobrze, pozwolił jej wychwycić nerwowe drgnięcie powieki, trwające zaledwie ułamek sekundy. Nasłuchuje. Poczuła jak adrenalina zaczyna wypychać oszołomienie w zawrotnym tempie, a krew głucho pulsuje w jej uszach.
Rozejrzała się dyskretnie, zastanawiając się jakim cudem nie ocknęła się wcześniej. Czyżby aż tak ufała Zabiniemu, żeby nie podejrzewać niczego?
A o co chcesz go podejrzewać?
Uratował cię.
I to nie raz.
Wyciągnął cię z samego środka bitwy. To miejsce wcale nie musi oznaczać, że ma złe zamiary.
Pokręciła głową, tłumiąc podszepty świadomości.
Spojrzała na niego jeszcze raz. Dlaczego właściwie się boi? Skąd to uczucie? To jej przyjaciel. Dlaczego nie spróbować...
- Blaise? - wyrwało się z jej ust, zanim zdążyła się powstrzymać.
Podziałało. Odwrócił się powoli w jej stronę, a tłuste włosy opadły mu na czoło.
W tej chwili tak bardzo przypominał starego Snape'a, że gdyby nie okoliczności, z pewnością pozwoliłaby sobie na jakąś niewybredną uwagę.
Zamiast tego objęła się rękami i nie spodziewając się odpowiedzi, odchrząknęła cicho.
- Po co mnie tu przyprowadziłeś?
Zobaczyła jak jego źrenice rozszerzają się na ułamek sekundy, zupełnie jakby padło na nie ostre światło. Miała wrażenie, że spojrzeniem wyraża całą paletę uczuć, których nie potrafił dłużej ukrywać pod tą ziejącą pustką.
Serce zabiło jej mocniej w piersi, jednak całe wrażenie zniknęło w ułamku sekundy, przywracając na twarz maskę zimnej obojętności.
Zamiast odpowiedzieć, złapał ją za rękę i trochę delikatniej niż przedtem, pociągnął schodami w dół.

*~*~*

Szybkie, nerwowe kroki odbijały się głośnym echem w kamiennych ścianach, raz po raz ubarwiane o dźwięk wyłamywania kości palców. Adrenalina wciąż buzowała w jego żyłach, siejąc spustoszenie, a każda kolejna minuta przynosiła coraz gorsze myśli.
Ile czasu minęło od kiedy ten dupek się deportował? Czy dopadł już Granger? A co jak … jak ona...
Złapał się za głowę, nie mogąc zapanować nad paniką. Nie mógł tak myśleć. Jeżeli ma rację, to...
no cóż. Nigdy nie był specjalnie silny pod tym względem. W dzieciństwie zawsze odznaczał się wrażliwością, za którą karcił go ojciec, a uwielbiała matka. Z czasem udało mu się ją zatuszować, może i zminimalizować, jednak nigdy nie zniknęła całkowicie. Pojawiała się zawsze w takich momentach. Nie mógł sobie na to pozwolić, nie teraz.
Po raz tysięczny tego wieczora rzucił się do krat, szarpiąc z całej siły. Po raz setny żałował, że nie ma różdżki. Gdyby tylko się stąd wydostał...
- Możesz przestać tak hałasować? Głowa zaraz mi pęknie...
Niewyraźny głos Potter'a nieco ostudził jego wściekłość i sprowadził do go do wciąż ruchomego, ale zawsze: pionu.
Przeczesał dłonią włosy, odetchnął głęboko i przybrał na twarz uśmieszek, który nie objął jego oczu.
- Dobrze się spało, Potter?
Na widok gniewnego wzroku Wybrańca, stłumił w sobie chęć histerycznego śmiechu. Usiadł, opierając się o kraty, w identycznej pozycji co wcześniej.
W ciszy obserwował jak Harry pociera głowę w miejscu, na które upadł. Nawet w tej ciemności widział rosnącego guza. Oj, będzie bolało.
Cisza przedłużała się coraz bardziej, przywołując z powrotem panikę i niechciane myśli. Może to głupie, ale jedynie odgłos oddechu Potter'a, jego dawnego wroga, a teraz – o ironio!- jednego z niewielu sprzymierzeńców, pozwalał nieco się uspokoić.
- Długo byłem nieprzytomny? - zapytał Harry po kolejnej minucie, czy dwóch. - Co się działo?
- A czy wyglądam jakbym miał zegarek?- warknął nieprzyjemnie. Wspominanie o czasie nie było w tym momencie najlepszym zagraniem. Skąd jednak Potter mógł o tym wiedzieć? Nie słyszał tej części rozmowy... Odetchnął głośno, przywołując z powrotem tę namiastkę spokoju, która mu została. - Blondwłosy dupek okazał się być drugim, nieznanym i pałającym żądzą zemsty synem Lucjusza...
- Tak myślałem...
- … i zagroził zabiciem Granger.
- Że co?!
Podniósł głowę, posyłając Potter'owi zdumione spojrzenie. Już zdołał zapomnieć, że tych dwoje, plus Weasley'a sporo łączyło w przeszłości, a kto wie? Być może łączy nadal.
Nagle uleciała z niego cała reszta sił i poczuł jak jego ciało wiotczeje pod ciężarem tej świadomości. Czyżby wcześniej nie zdawał sobie w pełni sprawy co to oznacza? I dlaczego, na Salazara, tak bardzo zależy mu na tej kobiecie?
- To, że chce zabić Hermionę, ma sens. W końcu osobiście wzięła udział w zabiciu Voldemorta... - zaczął Harry, zwężając powieki. Dłonie miał zwinięte w pięści i najwyraźniej całkowicie zapomniał o rosnącym siniaku. - Jednak mnie nie zabili. Dlaczego? I czemu zagroził jej zabiciem, właśnie tobie?
Draco przypomniał sobie cień ciepła w jej spojrzeniu, kiedy zaczęła przekonywać się, że może wcale nie jest taki zły. Reakcję na wiadomość o Astorii. Rozmowy, sprzeczki. Ostatni wspólny wieczór... czyżby po raz drugi miał szansę na głębsze uczucie?
- Malfoy.
Otrząsnął się z myśli, zmuszając do nonszalanckiego wzruszenia ramionami.
- Długa historia...
- Najwyraźniej. - Skomentował Potter, opierając głowę o kraty i przymykając powieki. Na jego twarzy widać było wszechogarniający ból. Draco domyślił się, że nie obejmował tylko szramy na twarzy i gigantycznego guza na głowie. Sięgał o wiele głębiej.
W ciszy, która ich otuliła, można było wyczuć intensywność myśli, emocji i strachu. Nie trwała jednak na tyle długo, aby te emocje rozwinęły się w rozpacz. Kiedy po raz kolejny tracili poczucie czasu, powietrze rozdarł dźwięk aportacji, a po nim sfrustrowany krzyk, który o dziwo, wzbudził w sercu Dracona iskierkę nadziei.
Zerwał się na równe nogi, a Potter jedynie obrócił głowę w stronę dźwięku.
Zdążył zobaczyć rozwścieczone oczy Joshuy, czubek różdżki wycelowany prosto w jego klatkę piersiową i poczuć ból zatrzymującego się na ułamek sekundy serca.
Kiedy w następnej chwili jego ciało pochłonęły wewnętrzne płomienie, mimo tortury poczuł jak ulatuje z niego większość stresu. Bolało, owszem, i to jak diabli. Carter włożył w tę klątwę całą siedzącą w nim wściekłość. To właśnie ta wściekłość pozwoliła mu na iskrę nadziei.
Kiedy płomienie zniknęły, a pod policzkiem poczuł chłód kamienia, z jego piersi wydarł się śmiech. Głośny, histeryczny i tak szalony, że przez moment sam zwątpił w swoje zdrowie psychiczne.
Czuł na sobie spojrzenia, jednak nie przestawał się śmiać, wyrzucając z siebie jednocześnie cały stres i frustrację.
Wariat, myślicie. Zupełnie zwariował.
A ja mówię: nie.
Nadzieja zauważona we wściekłości Cartera nie wzięła się znikąd. Ta zimna furia mogła oznaczać tylko jedno: Granger żyła i tylko to się w tym momencie liczyło.

*~*~*

Z ręką na ustach obserwowała jak ciało Malfoy'a wygina się w nagłym spazmie bólu. Mimo , że ramię powoli drętwiało jej od stalowego uścisku Blaise'a, w tym momencie była wdzięczna, że ją trzyma. Nie ufała reakcjom swojego ciała, nie wiedziała jak długo będzie w stanie ustać na nogach.
Zawsze była silną kobietą, nie poddawała się emocjom, cechowała ją jasność umysłu. Cóż, każdy w pewnym momencie ociera się o własne granice.
Mogła użyć różdżki? Z pewnością. Zrobiłaby to już dawno, gdyby tylko miała do niej dostęp. Niestety Zabini „rozbroił” ją od razu po aportacji, skazując całkowicie na swoją łaskę.
Mogła jeszcze kopać, gryźć, drapać po twarzy jak rasowa kocica, powstrzymywała ją jednak wrodzona ciekawość. Zabini od jakiegoś czasu był dla niej jedną, wielką zagadką, a wydarzenia z dzisiejszego dnia tylko pomnożyły całą górę pytań.
Po pierwsze- dlaczego tu jest?
Po drugie- dlaczego czekał z zejściem na dół, aż pojawi się ten chory blondyn?
Nagle poczuła jak jej ciało zalewa paląca fala nienawiści, a siły wracają do mięśni. To on zabił Chrisa. Zabił niewinne dziecko, a teraz torturuje Malfoy'a.
Nie wiem co takiego w sobie masz, ale Draco dzięki tobie staje się lepszym człowiekiem.
To zdanie pojawiło się w jej umyśle zupełnie znikąd i rozpaliło w sercu jeszcze większy płomień. Zupełnie zapominając o silnej dłoni trzymającej ją za ramię, ruszyła w przód, jednak mocne szarpnięcie przywróciło ją do poprzedniej pozycji.
Skrzywiła się nieprzyjemnie, posyłając Blaise'owi oburzone spojrzenie. Nie zdziwi was pewnie, że zupełnie na nie nie zareagował...
Nagle dotarł do niej śmiech. Tak głośny i szczery, a jednocześnie tak bardzo szalony, że całkowicie zbił ją z pantałyku. Przez chwilę nie potrafiła zrozumieć skąd dochodzi ten dźwięk, a kiedy zrozumiała, że to Malfoy, poczuła jak jej szczęka zjeżdża kilka centymetrów w dół. Sądząc po minie Zabiniego i postawie stojącego z wciąż uniesioną różdżką Josha, nie była odosobniona w swojej reakcji. Draco... oszalał?
Niestety nie miała czasu dłużej się nad tym zastanawiać.
Zanim zdążyła choćby mrugnąć, została wyciągnięta z cienia i postawiona parę metrów od Josha.
- Blaise...!
- Zabini...!
- Ty...
Trzy głosy zlały się w jedno – dwa nienawistne, jeden zdziwiony, stworzyły mieszankę nowego rodzaju. Wrogość Josha była skierowana również w jej stronę, jednak w tym momencie całą swoją uwagę skupiła na ciemnej celi sąsiadującej z Malfoy'em. Czy to możliwe, żeby...
- Harry!
Rzuciła się do biegu tak szybko, że nawet wiecznie czujny Zabini nie zdążył zacieśnić uścisku. Złapała za kraty, sięgając do twarzy Potter'a ze łzami w oczach.
Kiedy nie znalazła go nigdzie tuż po śmierci Rona, obawiała się najgorszego. Bała się, że zostanie pozbawiona ostatniego z przyjaciół.
Harry odwzajemnił jej spojrzenie, krzywiąc się lekko, kiedy przejechała palcem po paskudnej szramie na policzku. Widziała w jego oczach ulgę pomieszaną z przerażeniem.
Uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo, zupełnie jak kiedyś, gdy cechował ich specjalny rodzaj młodzieńczej niewinności.
Kiedy odwracała się w stronę Malfoy'a, zauważyła w oczach Harry'ego cień zdziwienia, jednak nie dowiedziała się co oznaczało. Nie zdążyła nawet dotrzeć do Dracona, mimo że dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Ostatnim co zapamiętała, to strach w jego pięknych, stalowoszarych oczach i ostry ból w krzyżu. Później opanowała ją ciemność.
Jeden z katów wyrwał się z otępienia.

*~*~*

Ręce zawisły w powietrzu w oczekiwaniu na jej nadejście. Dłonie zwinęły się w pięści, w obronie przed piekącym bólem, spowodowanym jej brakiem. Patrzył na bezwładne ciało leżące przed kratami, a w jego oczach zebrały się łzy. Nie mógł i nie chciał nad nimi panować. Czy każda kobieta, z którą miał szansę na jakąkolwiek przyszłość musiała kończyć w taki sposób? Nie widział skąd nadszedł atak, a w tej sytuacji nie ufał Blaise'owi nawet w najmniejszym stopniu.
Jak przez mgłę słyszał wrzaski Potter'a, który z godną podziwu zawziętością szarpał kraty swojej celi. Nie widział w nim takiego zaangażowania, od kiedy zostali przymusowymi sąsiadami. Może on też powinien zareagować?
Podniósł głowę, zmuszając się by oderwać wzrok od nieruchomego ciała Hermiony.
Spojrzenia jego i Blaise'a spotkały się na krótki moment, pozostawiając po sobie zimno i pustkę.
- Nie mów, że zwinąłeś mi ją sprzed nosa, tylko po to, żeby sprzątnąć ją własnoręcznie. - Powiedział Josh, z cieniem złości, jednak na jego ustach czaił się uśmieszek.
Stał zupełnie rozluźniony, z rękami założonymi na piersi i różdżką zwisającą z lewej dłoni.
Blaise uśmiechnął się niewyraźnie, jednak ten uśmiech nie objął jego oczu.
- Coś w tym stylu. - Odpowiedział. Josh przyglądał mu się jeszcze moment, po czym roześmiał się serdecznie, zagłuszając głuche jęki Potter'a, który starał się dotknąć Hermiony. Draco zwinął dłonie w pięści i postanowił czekać. Nic innego mu nie pozostało...
Nie spuszczał nienawistnego spojrzenia z Blaise'a. Nie mógł zrozumieć jego zachowania. Przyjaźnili się od kiedy tylko pamiętał, zawsze mogli na siebie liczyć. Jeden za drugiego był w stanie oddać nawet życie, a teraz?
Zabini zmienił się od czasu śmierci tej wiewiórki, Weasley. On, Draco, także przeżył tragedię, jednak potrafił się z niej w pewien sposób pozbierać. Blaise'owi niestety się nie udało. Jego długie tłuste włosy, wychudzone ciało, ciemne worki pod oczami i pełna nienawiści postawa, były strasznym efektem tej wciąż wiszącej nad nim tragedii.
Draco wiedział o tym, a jednak nie potrafił zmusić się do patrzenia na byłego przyjaciela z mniejszą nienawiścią.
Nie potrafił albo nie chciał...
- Skoro Granger mamy z głowy, to chyba czas zająć się pozostałymi – odezwał się Josh, podnosząc różdżkę w kierunku celi Harry'ego. Jęki Potter'a zamilkły jak na zawołanie, zastąpione niemal namacalną zawziętością. Był gotowy umrzeć.
Draco poczuł do niego coś na kształt podziwu, jednak ani na moment nie odrywał spojrzenia od Zabiniego, który w ślad za Carterem uniósł swoją różdżkę.
Kolejne wydarzenia potoczyły się w ułamku sekundy. W jednej chwili obydwoje celowali różdżkami w Potter'a, a już w następnej Josh leżał na ziemi, wpatrując się z nienawiścią w różdżkę Zabiniego skierowaną w jego głowę. Związał go. Draco poczuł jak jego szczęka zjeżdża w dół. Wymienili z Potter'em szybkie spojrzenia. Co tu się dzieje?
- Nawet nie wiesz jak długo na to czekałem – powiedział Blaise ochrypłym od emocji głosem. - Nawet nie wiesz ile czasu zajęło mi, żeby wreszcie cię dopaść...
Zaczął krążyć wokół wijącego się w niewidzialnych więzach Josha. Wyglądał jakby zupełnie zapomniał o Malfoy'u i Potterze, obserwujących w ciszy każdy jego ruch.
Emanował nienawiścią tak silną, że zapierała dech w piersiach. Draco znów wymienił spojrzenia z Harry'm. Skąd tych dwoje się znało?
- Odebrałeś mi wszystko, rozumiesz? Wszystko! - W akcie złości machnął różdżką, a ściana tuż za Joshem rozsypała się w pył. Musi być naprawdę wściekły...
Carter zaczął szarpać się coraz mocniej, a jego nienawistne spojrzenie z każdą chwilą pochłaniało przerażenie.
- Przemierzyłem cały świat, żeby dowiedzieć się o was, o tej organizacji. Żeby dowiedzieć się o tobie. - Zatrzymał się tuż przed swoją ofiarą, obniżając tak, by ich spojrzenia się spotkały. - Niełatwo było cię wytropić, wiesz? A jeszcze trudniej zdobyć twoje zaufanie... ale udało się. - Półuśmiech wykrzywił jego usta, jednak oczy wciąż pozostały puste i zimne. - Nie wiedziałeś, bo nie mogłeś wiedzieć, że nigdy nie byłem po twojej stronie. Nigdy nie pomagałem ci w twojej głupiej zemście na Malfoy'u – wskazał palcem na celę Dracona, spoglądając na niego przez ułamek sekundy. Ta jedna chwila wystarczyła, żeby Draco dojrzał tę jedną iskrę: szaleństwo. - Informowałem go o twoich zamiarach. Gdyby tylko był trochę bystrzejszy...
Malfoy zacisnął dłonie w pięści, jednak starał się tego nie komentować. No bo kto normalny mógł zrozumieć te ogólnikowe liściki? Odpowiedź nadeszła w ułamku sekundy: Granger.
Czy gdyby wtedy jej zaufał, to sprawy wyglądały by inaczej? Czy wtedy wciąż by... przy nim była?
Bezwiednie spojrzał na jej wciąż nieruchomą sylwetkę, a jego ciało zalała wściekłość. Miał ochotę zabić Blaise'a, nie ważne, że cały czas był po jego stronie.
- W każdym razie, sabotowałem każdy twój ruch. Byłem o krok przed tobą i pilnowałem, żeby wszystko szło zgodnie z moim planem – zaczął bawić się różdżką, skupiając na niej swoje spojrzenie. - I tak było, oczywiście do czasu, kiedy nie złapaliście Weasley'a i Potter'a, no i kiedy nie postanowiłeś, że zabijesz Granger. - Powrócił spojrzeniem do nieruchomego w tym momencie Josha. Zwęził oczy, a słowa zostały zniekształcone przez syk. - Tego nie obejmował mój plan.
Draco obserwował całą scenę z coraz większym zdziwieniem i przerażeniem. Takie zachowanie zupełnie nie pasowało do starego Blaise'a... ale ustaliliśmy, że przestał nim być już dawno, prawda?
Z otwartą buzią patrzył jak jego były najlepszy przyjaciel cofa się parę kroków w tył i po raz kolejny unosi różdżkę na wysokość głowy Josha.
- Teraz mi za to zapłacisz. Zapłacisz za odebranie mi wszystkiego na czym kiedykolwiek mi zależało. Zapłacisz za próbę zemsty na Malfoy'u.
Powietrze w lochach zrobiło się nagle ciężkie i gęste jak ołów. Każdy, choćby i wbrew sobie, wstrzymał oddech, oczekując na to co będzie dalej.
- Zabini nie rób tego – odezwał się nagle Harry, a zarówno Malfoy jak i Blaise posłali mu zdziwione spojrzenia.
Dłoń Zabiniego zaczęła się trząść, a oczy rozszerzyły się w bliżej nieokreślonych uczuciu.
- Niby dlaczego? Nawet nie wiesz co on zrobił...
Harry pokręcił głową.
- Nie, nie wiem. Wiem za to, że wygląda jak Draco i miał jego różdżkę kiedy robił te wszystkie, złe rzeczy – odetchnął głęboko i podszedł do krat, a Malfoy ze zdziwieniem uświadomił sobie, że Wybraniec stara się zachować j e g o dobre imię. - Jeśli go zabijesz to jak udowodnimy, że to nie Draco był odpowiedzialny za te wszystkie zbrodnie?
- Bo nie był.
- Ale moja różdżka świadczy inaczej – odezwał się wreszcie Malfoy, podchodząc bliżej krat.
Potter ma rację. Jeżeli Zabini zabije Cartera, nigdy nie udowodnią, że to nie on był odpowiedzialny za tą całą organizację i wszelkie zło. Przecież tylu świadków widziało go w akcji... oczywiście to nie był on, tylko Josh, ale skąd zwykli ludzie mogli o tym wiedzieć?
Blaise zaczął kręcić głową, coraz szybciej i coraz bardziej nerwowo.
- Muszę... - wyszeptał przez zaciśnięte zęby, mocniej ściskając różdżkę. - Wieprzlej już zapłacił za swoje, teraz muszę też jego...
- Wieprzlej? To dlatego został zabity? - Draco podłapał temat, czepiając się go jak ostatniej deski ratunku.
Zabini znów spojrzał w jego stronę, kiwając lekko głową. Jego usta wciąż były zaciśnięte, a w oczach czaił się obłęd.
- Dlaczego? Dlaczego nie zabiłeś też mnie? - zapytał Harry, trzymając się krat, które były jedynym oparciem dla jego chwiejnych nóg.
- Dlaczego? - powtórzył Blaise, przerzucając spojrzenie na Potter'a. - Bo ty, Potter, jako jedyny zainteresowałeś się kiedy przyszliśmy do ciebie po pomoc. Pamiętasz? Pamiętasz jak osiem lat temu zapukaliśmy z Ginny do twoich drzwi, prosząc o pomoc z tą dziwną organizacją na jaką się natknęliśmy? - opuścił nieświadomie różdżkę, zaciskając obie dłonie w pięści. Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. - Nie znalazłeś nic, owszem, ale przynajmniej się zaangażowałeś. Nie to co Wealsey! - Uderzył pięścią w mur, aż posypały się odłamki. - Był jej bratem, a kiedy przyszła po pomoc, wyśmiał ją prosto w twarz!
Draco odruchowo spojrzał w stronę Potter'a i zauważył, że on także na niego patrzy. Znów wymiana spojrzeń. Czy możliwe, że myśleli o tym samym?
Odwrócił się w stronę Blaise'a.
- Ale dlaczego teraz? Czemu po ośmiu latach od... - nie skończył. Wiedział, że temat Ginny był i wciąż jest bardzo bolesny dla Zabiniego. Jednak zamiast kolejnego napadu złości, zobaczył czający się w kąciku ust uśmieszek.
- A sądzisz, ze zdobycie tych wszystkich informacji i zaplanowanie konkretnej zemsty było proste?
Nikt nie odpowiedział, bo i nikt nie wiedział co.
Blaise wwiercał się spojrzeniem w ich twarze, a kiedy zrozumiał, że nie będzie reakcji, skupił się znów na Joshu, który nadal próbował się uwolnić. Jestem pewna, że gdyby nie zaklęcie milczenia, z jego ust wydobyła by się przepiękna wiązanka przekleństw...
Ku trwodze Malfoy'a i samego Cartera, Zabini znów uniósł różdżkę, jednak jego zaklęcie zagłuszyło inne:
Expelliarmus!
Nim ktokolwiek zdążył choćby mrugnąć, różdżka Blaise'a pofrunęła do drzwi, a w następnej chwili dwóch rosłych mężczyzn w czarnych szatach przytrzymywało go za ręce.
Nie trwało długo nim otrząsnął się z oszołomienia i zaczął szarpać w swoim zniewoleniu jak dzikie zwierzę.
- Nie! Nie rozumiesz! - głośny krzyk wyrwał się z jego piersi, kiedy próbował kopać trzymających go mężczyzn. - Ja muszę go zabić! Muszę!
Wyrwał się na krótki moment, dobiegając do wciąż unieruchomionego Josha i łapiąc go za gardło. Szaleństwo dodało mu siły, pozwalając powalić dwóch rosłych mężczyzn. Dłuższą chwilę zajęło im odciągnięcie napastnika od ofiary, jednak kiedy im się udało, z ulgą stwierdzili, że Josh nadal żyje.
Blaise wydał z siebie zwierzęcy ryk i zaczął szarpać się jeszcze bardziej, jednak teraz mężczyźni byli już przygotowani.
Po jego policzkach szerokimi strumieniami spływały łzy, kiedy prowadzili go w stronę wyjścia.
- To on zabił Ginny! - szlochał głośno. - To on odebrał radość mojego życia! Zniszczył wszystko! Jak mogę żyć bez niej? Muszę go zabić! MUSZĘ!
Kiedy wreszcie wyprowadzili go z lochu, krzyki wciąż bębniły w uszach Dracona. Widział w życiu wiele, jednak jeszcze nigdy nie spotkał się z szaleństwem... zwłaszcza bliskiej mu osoby.   
Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że kraty jego celi są otwarte i stoi w nich...
- Pan? Co ty tu robisz?
Kobieta wzruszyła ramionami, przerzucając do tyłu długie włosy i przywołując lekki uśmiech.
- Wiadomość od Granger, ot co. - Widząc jego zdumioną minę, przewróciła oczami. - Naprawdę sądzisz, że po odkryciu tego wszystkiego nie załatwiłaby sobie wsparcia? - Westchnęła głośno, a w jej głosie słychać było wyraźny podziw. - Przyznam, że trochę zajęło mi odnalezienie tego miejsca, ale widzę, że zdążyłam na czas...
W tym momencie Draco obrócił się w stronę ciała Hermiony, a jego twarz wykrzywił spazm bólu. Widząc to, Pansy przerwała i położyła mu dłoń na ramieniu.
Poczuł jak ściska go lekko, a do oczu znów napłynęły mu łzy. Przez zamazany obraz widział, jak Potter podnosi się od Granger i odwraca w jego stronę.
Musiał mrugnąć dwa razy, żeby dotarło do niego to, co widzi: uśmiech.
Potter uśmiecha się od ucha do ucha, wyciągając ręce jakby chciał go objąć.
- Ona żyje!

*~*~*

Do czytelników: Jeżeli nasuwają Wam się jakieś pytania czy niejasności, które chcecie abym wyjaśniła w epilogu - piszcie. Mam już ułożoną koncepcję, ale może nasuniecie mi jeszcze jakąś sprawę, na którą trzeba rzucić trochę światła :)
Autor obrazów motywu: Ollustrator. Obsługiwane przez usługę Blogger.