piątek, 6 listopada 2015

One Shot VI

 ONE SHOT VI 


Z pamiętnika młodego arystokraty


     Długo kłóciłem się ze sobą, ukrywając ten sekret przed całym światem. Kosztowało mnie to wiele godzin strachu, nerwów i łez, ale nie wydałem się. Tylko jedna osoba wiedziała, a i tak nie znała wszystkich szczegółów tej historii. Teraz jest inaczej. Myślę, że po tych wszystkich latach wreszcie jestem gotowy. Gotowy na to, żeby opowiedzieć najpiękniejszą historię z moim życiu.
Gdybym miał wskazać moment kiedy wszystko się zaczęło, nie potrafiłbym. Nagle, tak po prostu, przestała być dla mnie „szlamą Granger”, a stała się najbardziej wartościową osobą na świecie. Jej włosy przestały przypominać miotłę, a kusiły swoją sprężystością i blaskiem. Usta już nie były wąskie i małe, a uśmiech przestał przypominać wytrzeszcz szyszymory.
Nagle przestała być niska, brzydka i niezgrabna. Złapałem się na tym, że coraz częściej myślę o tym co lubi czytać, jak spędza czas gdy akurat się nie uczy albo jaką kawę pije rano. Zwalałem to na karb zwykłej ludzkiej ciekawości, jednak na tym się nie skończyło. Dopiero w momencie, kiedy zacząłem zastanawiać się nad smakiem jej ust i zapachem skóry, dotarło do mnie, że coś jest nie w porządku. Coś maksymalnie poszło nie tak. To musiał być jakiś kosmiczny żart, głupie poczucie humoru Merlina, no bo jak inaczej można było wytłumaczyć to zauroczenie? Przecież ja jestem czystej krwi, a ona nie. Taki związek, ba!, to uczucie, nie miało prawa bytu.
Ale stało się, a ja nie potrafiłem się z tym pogodzić.
Więc uciekłem.
   Pojawiałem się na zajęciach i posiłkach, ale starałem się unikać jakiegokolwiek kontaktu z NIĄ. Przez jakiś czas udawało się całkiem nieźle. Związałem się z Daphne Greengrass. Udawałem, że nic się nie zmieniło, że wciąż jestem tym samym Draco Malfoy'em co zwykle. Jednak mimo że spędzałem większość czasu w otoczeniu ludzi ze Slytherinu i unikałem kontaktów z gryfiakami jak tylko mogłem, nie sposób było uwolnić się od niej całkowicie. Siłą rzeczy widywałem ją na korytarzach i zajęciach, a wtedy zawsze miałem wrażenie, że w powietrzu roznosi się delikatny zapach jaśminu. Raz czy dwa udało mi się wydusić jakąś obelgę pod jej adresem, a później umierałem komórka po komórce przygniatany wyrzutami sumienia. Widok łez zbierających się w jej dużych, brązowych oczach, prześladował mnie, nie dając w nocy spać. Właśnie podczas jednej z takich sytuacji zauważyłem, jak głęboką barwę mają jej tęczówki i jak idealnie pasują do odcienia skóry.
A kiedy jeden jedyny raz obróciła się w moją stronę z uśmiechem na ustach, przepadłem na dobre. Uśmiech nie był dla mnie, zniknął w momencie gdy zauważyła, że stoję obok, jednak nie mogłem odgonić od siebie myśli, jakby było gdyby uśmiechała się w ten sposób właśnie do mnie...
Dafne przestała być atrakcyjna, kawa straciła swój aromat, a ludzie dookoła zaczęli mnie irytować. Crabbe i Goyle często pytali co jest ze mną nie tak, ale co miałem im odpowiedzieć? Byli zbyt tępi, zbyt zepsuci, żeby zrozumieć co się ze mną dzieje, zwłaszcza, że dla mnie samego było to niepojęte.
I nagle, jak za dotknięciem różdżki, wszystko się zmieniło.
Pamiętam wszystko, jakby stało się zaledwie wczoraj.
   Wracałem z błoni do dormitorium. Było późno, ale często zdarzało mi się przechadzać wieczorami, dobrze wpływało to na mój sen. Pamiętam, że na korytarzach było nadzwyczaj cicho, o tej porze wszyscy szykowali się już do snu. Kiedy przechodziłem obok Wielkiej Sali, drzwi nagle się otworzyły i zderzyłem się z czymś niewielkim. Dziewczyna odbiła się ode mnie i poleciała na tyłek. Chciałem rzucić kąśliwą uwagą i odejść, jak zwykle, coś jednak kazało mi spojrzeć w dół. W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć, że to ona. Dlaczego...? Tak bardzo się broniłem, uciekałem, kryłem. W pierwszym odruchu miałem ochotę uciec po raz kolejny, ale coś mnie powstrzymało. Byliśmy całkowicie sami. Do dziś pamiętam, to dziwne uczucie rozluźnienia, które zalało mnie w momencie podjęcia decyzji.
Uśmiechnąłem się i pierwszy raz od wielu dni było to szczere.
- Granger. - Pochyliłem się i podałem jej dłoń. Nie wiem czy była aż tak zdębiała, czy może rzeczywiście potrzebowała mojej pomocy, ale ją przyjęła. Uniosłem ją do pozycji stojącej, z fascynacją przyglądając się jej rozchylonym wargom.
Po chwili spojrzała na nasze wciąż splecione dłonie i wreszcie odzyskała głos.
- Malfoy, możesz mnie puścić?
Nie był to wyrzut, nie wyczułem też złości. Było to zwykłe pytanie, prośba, którą momentalnie spełniłem.
Zanim odeszła, spojrzała na mnie raz jeszcze ze zdziwieniem w oczach. Kiedy zniknęła za rogiem, wciąż czułem ten cudowny zapach jaśminu i wiedziałem. Wiedziałem, że chcę ją lepiej poznać.
Tak wyglądała nasza pierwsza, w miarę normalna konfrontacja. Nie chciałem i nie miałem zamiaru na tym poprzestać.
   Zerwałem z Daphne i przestałem udawać przed samym sobą, że nic się ze mną nie dzieje. Wciąż miałem przed oczami Granger, jej zdziwione spojrzenie i rozchylone usta. Pod różnymi przykrywkami kręciłem się po korytarzach, pojawiałem w miejscach gdzie przebywała. Starałem się poznać rozkład jej dnia, upodobania, przyzwyczajenia. Nie pamiętam bym kiedykolwiek wcześniej, czy też później spędzał tyle czasu w bibliotece co wtedy. Moi znajomi się dziwili, ale zawsze udawało mi się znaleźć wymówkę. A to muszę podwyższyć oceny, bo ojciec się czepia, a to mam do napisania zaległy esej, i tak jakoś to szło. Z niecierpliwością wyczekiwałem momentu, kiedy uda mi się złapać ją samą. Do tego czasu zawsze trzymałem się z boku, siedząc niedaleko tak, żeby zawsze była w zasięgu wzroku.
   Upragniony dzień nadszedł z początkiem grudnia. Większość uczniów dała sobie spokój z nauką i siedzeniem w bibliotece. Wszyscy powoli zaczynali żyć wolnym i przygotowaniami do świąt. Tylko ona w dalszym ciągu, niezmiennie siedziała nad opasłą księgą. Wiedziałem co czytała. Kiedyś obserwowałem jak odkłada ją na miejsce, więc sam wypożyczyłem drugą taką samą. Być może byłem żałosny, ale nic nie było w stanie powstrzymać mnie od poznania tej dziewczyny bliżej.
   Kiedy zostaliśmy w bibliotece tylko we dwoje, podszedłem do niej i usiadłem po drugiej stronie stołu. Nie zwróciła na mnie uwagi, zagłębiona w lekturze, więc przez parę chwil spokojnie obserwowałem jak marszczy nos i zakłada długie włosy za ucho. Kiedy już miałem się odezwać, uniosła głowę. Pióro, które trzymała w ustach upadło na stolik, a w jej oczach zrodziło się zdziwienie. Poczułem jak moje usta rozciągają się w uśmiechu, kiedy zdezorientowana rozglądała się dookoła, z pewnością zastanawiając czy na pewno patrzę na nią. Kiedy z tego wszystkiego, przypadkiem wywróciła kałamarz, wybuchnąłem śmiechem.
- Eee, Malfoy?- W jej głosie było tyle zdziwienia i nieśmiałości, że momentalnie się uspokoiłem. Spojrzałem jej w oczy i podtrzymałem połączenie o sekundę za długo. Nie potrafiłem się powstrzymać, ale widok rumieńców na jej twarzy był wart wszystkiego.
- Tak?
Moje łagodne, rozbawione pytanie, jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi, więc jedynie pokręciła głową i wróciła do czytania... a przynajmniej próbowała. Doskonale widziałem, jak zerka na mnie przez kurtynę włosów, z książką wciąż otwartą na tej samej stronie. Rozsiadłem się wygodnie, wręcz nonszalancko i zacząłem bawić różdżką.
- Wiesz... zawsze się zastanawiałem co by było, gdyby to nie Gildfryg stanął na czele goblinów podczas wojny w osiemnasty wieku. - Oczywiście o niczym takim nigdy nie myślałem. Kłamstwo najwyraźniej jednak odniosło skutek, bo odrzuciła włosy do tyłu i tym razem jawnie na mnie spojrzała.
Nie odzywała się przez dłuższą chwilę, taksując mnie na poły zdziwionym, na poły zaciekawionym spojrzeniem. Już zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie przesadziłem jak na pierwszy raz, kiedy odezwała się niepewnie:
- Wydaje mi się, że niewiele by się zmieniło. Gobliny chciały tej wojny, więc myślę, że doszłoby do niej niezależnie od tego kto objąłby władzę.
I jakoś to poszło dalej. Do teraz nie wiem dlaczego wtedy, późnym wieczorem w bibliotece, dała się wciągnąć w rozmowę. Nienawidziła mnie, raniłem ją we wcześniejszych latach, a mimo to zgodziła się ze mną rozmawiać. Dała mi szansę, choć nie sądzę, żebym na nią zasługiwał. Wtedy jednak cieszyłem się chwilą.
   Po tamtym wieczorze w bibliotece, zaczęliśmy odnosić się do siebie w nieco cieplejszym tonie. Jej początkowa niepewność, że nagle znowu stanę się draniem, zniknęła w pewnym momencie na tyle, że zaczęliśmy spotykać się potajemnie.
Początkowo po prostu rozmawialiśmy, o wszystkim i o niczym. Ja opowiadałem jej o przygodach z dziecięcych lat, ona mi o życiu w mugolskim świecie. Pamiętam jaki byłem zafascynowany słuchając o tych wszystkich dziwnych rzeczach i wynalazkach, którymi mugole ułatwiali sobie życie.
   Od spotkania, do spotkania, zaczęło robić się coraz bardziej intymnie, aż wreszcie odważyłem się na kolejny krok.
Nie wiem jakiej spodziewałem się reakcji, ale na pewno nie takiej. Kiedy w chwili pełnej napięcia ciszy, nachyliłem się i dotknąłem ustami jej ust, zesztywniała. Nigdy nie spotkałem dziewczyny, która sztywniałaby od moich pocałunków zamiast mięknąć, a jednak z nią tak było. Po chwili oddała pocałunek z taką pasją, że aż zaparło mi dech, ale nie trwało to długo. Odsunęła się po paru sekundach, a jej twarz oblał słodki rumieniec.
- Dlaczego to zrobiłeś?
Nie odpowiedziałem. Dotknąłem jej twarzy, opuszkami palców kreśląc linię wzdłuż rumieńców. Złapała moją dłoń, przytrzymała ją na sekundę przy policzku, a później opuściła.
- Dlaczego? - Jej szept wkradł się w moje uszy, docierając do zakamarków duszy i wprawiając serce w drżenie. Wiedziałem dlaczego, ale czy potrafiłem to powiedzieć? Spotykaliśmy się dopiero od dwóch miesięcy, czy uwierzyłaby w moje słowa po tylu latach nienawiści?
Spojrzałem jej w oczy, zatapiając się w płynnym brązie i zbierałem odwagę. Na marne. Miałem wrażenie, że się duszę od zbyt długiego wstrzymywania oddechu, więc wypuściłem powietrze z płuc.
- Po prostu. Czy musi być jakiś powód?
Wzruszyła ramionami, jednak widziałem w jej oczach, że nie takiej odpowiedzi się spodziewała.
   Od tamtego momentu chodziła jakaś przygaszona. Coś ją gryzło, ale nie potrafiłem wyciągnąć z niej przyczyny. Zaczęła unikać spotkań, a ja zacząłem panikować. To nie mogło tak się skończyć, nie i koniec. Wiedziałem, że przepadłem i to już w momencie, kiedy pierwszy raz zobaczyłem jej uśmiech. Później poszło już z górki.
Kiedy w piątym miesiącu od rozpoczęcia bliższej znajomości, po raz kolejny wymigała się od spotkania, zakradłem się do pustej klasy i czekałem. Wiedziałem, że prędzej czy później przejdzie obok tych drzwi i w rękach Merlina było, żeby była wtedy sama.
   Chodziłem po sali tam i z powrotem, a czas dłużył mi się niemiłosiernie. Przy każdym dźwięku kroków na korytarzu moje serce przyspieszało swój rytm i za każdym razem zamierało zawiedzione. Zacząłem się bać, zastanawiać- a co jeśli się nie pojawi? Co jeśli dzisiaj postanowi pójść inną drogą?
2 godziny 46 minut i 18 sekund później rozpoznałem jej kroki na korytarzu. Bez chwili wahania otworzyłem drzwi i wciągnąłem ją do środka. Na szczęście Merlin wysłuchał moich próśb i była sama, jednak dla pewności zatkałem jej usta, żeby przypadkiem nie krzyknęła. Dopiero gdy kilka sekund później zdjąłem dłoń z jej warg zdałem sobie sprawę jak blisko siebie stoimy. Utonąłem w jej spojrzeniu, a moja dłoń, zupełnie bez mojej woli, uniosła się, żeby odgarnąć niesforny kosmyk z jej twarzy. Była tak delikatna, taka piękna, że aż bolało. Wiedziałem, że nie zniósłbym gdyby znów zaczęła mnie unikać. Patrząc w jej twarz wiedziałem, że mam już wszystko. Nie pragnąłem niczego więcej. Bez wahania ująłem ją za kark i pocałowałem. Nie odsunęła się, a ja byłem najszczęśliwszym facetem pod słońcem. Nie jestem pewien, ale to był chyba pierwszy raz kiedy powiedziałem, że ją kocham. Nigdy nie zapomnę jednak chwili, gdy usłyszałem to samo od niej.
   Był to jeden z tych rzadkich, zimnych, wiosennych dni. Mieliśmy możliwość pójścia do Hogsmeade, więc umówiliśmy się przy Wrzeszczącej Chacie. Blaise koniecznie chciał, żebym doradził mu przy wyborze nowej miotły, więc dotarłem na miejsce spóźniony, z sercem na ramieniu. Bałem się, że nie będzie czekała... ale była tam. Siedziała na kamieniu i wpatrywała się w starą, zniszczoną chatę, przekrzywiając lekko głowę. Była piękna, nawet taka okutana po sam czubek głowy. Pamiętam, że odwróciła się w moją stronę, a wszystkie moje lęki i stresy zniknęły. Radość widoczna w jej oczach sprawiła, że moje serce wykonało szalony galop, a nogi zmiękły w kolanach. Podbiegła wtedy do mnie i jak zwykle rzuciła się w ramiona. Uniosłem ją i okręciłem się dookoła, była lekka jak piórko. Kiedy postawiłem ją na ziemię, potarłem swoim nosem o jej i chciałem się odsunąć, ale mi nie pozwoliła.
- Gdzie byłeś? Martwiłam się, że nie przyjdziesz.
Zmarszczyła nosek, a ja nie potrafiłem się nie uśmiechnąć. Oparłem się czołem o jej czoło i przymknąłem powieki.
- Mówiłem, że będę. Zawsze dotrzymuję słowa.
- Wiem. - zawahała się na moment. Jej następne słowa były jak tchnienie wiatru: - Między innymi dlatego cię kocham.
Zesztywniałem. Moje ciało na moment umarło, żeby po chwili móc narodzić się na nowo. Skostniałe palce nagle odzyskały ciepło, które roznosiła pompowana w szybkim tempie krew. Odsunąłem ją na wyciągnięcie ręki i spojrzałem w oczy z dziwnym lękiem, że może się przesłyszałem.
- Możesz powtórzyć?
Spojrzała mi w oczy z pewnością oraz szczęściem, jakie od jakiegoś czasu było mi dane oglądać za każdym razem gdy na mnie patrzyła.
- Kocham cię, Draco.
Umarłem wtedy ze szczęścia, dosłownie. Po raz kolejny uniosłem ją do góry. Okręcałem dookoła, a ona się śmiała. Jej śmiech z tamtego dnia, to szczęście, że sprawiła mi radość, wciąż wraca do mnie w chwilach słabości.
Do zakończenia roku byliśmy niemalże nierozłączni. Niemal, ponieważ nie wiedział o nas zupełnie nikt. Byliśmy młodzi, byliśmy zakochani. Wbrew wszystkim ludziom, całemu światu... wbrew moim rodzicom.

  Okres wakacyjny był dla nas niezłą szkołą przetrwania. Dni bez jej obecności były dla mnie katorgą. Zachowywałem się jak przykładny syn. Byłem taki, jakim mój ojciec, Lucjusz, zawsze chciał mnie widzieć. Niestety sprawę jeszcze bardziej komplikowała obecność Voldemorta w naszym domu... bałem się, to oczywiste. Mugole i ludzie nieczystej krwi byli dla niego najgorszym robactwem. Na samą myśl o tym, co by zrobił jej, mi, mojej rodzinie, gdyby dowiedział się o naszym związku...
Udawało mi się utrzymywać wszystko w tajemnicy. Choć usychałem każdego dnia, nie napisałem do niej, a i ona też nie pisała do mnie. Mimo że wiedziałem, że tak powinno być, wciąż bolało.
Było ciężko, nie spodziewałem się jednak, że może być jeszcze gorzej. Czarny Pan, wściekły na mojego ojca na nieudaną akcję z przepowiednią, postanowił odegrać się na nim z moim udziałem. Wiadomość, że mam zabić człowieka... tego nie da się opisać. Byłem przerażony, wściekły i zrozpaczony. Nie chciałem tego robić, ale wiedziałem, że muszę grać, dla mojej matki, dla siebie... dla niej.
   Wróciłem z powrotem do szkoły z o wiele większym bagażem emocjonalnym niż w czerwcu, kiedy ją opuszczałem. Świadomość tego co muszę zrobić niszczyła mnie od środka i dopiero jej widok złagodził nieco tę psychiczną udrękę.
Przez dwa miesiące wakacji nie zmieniła się ani trochę. Wciąż była śliczna i roześmiana. No, może włosy urosły jej o kilka centymetrów, ale więcej zmian nie zauważyłem.
Od kiedy zobaczyłem ją na peronie, moje myśli kręciły się tylko wokół tego, żeby wziąć ją w ramiona. Poczuć jej zapach i przypomnieć smak jej ust.
Złapałem ją podczas podróży jak szła do toalety i w pustym przedziale udało mi się skraść kilka pocałunków. Po wszystkim patrzyłem jak wychodzi zarumieniona i szczęśliwa, a moje serce powoli zaczęło wracać do normy.
   Wiedziałem, że ten rok będzie zupełnie inny i nie myliłem się. Nosiłem milion masek, zmieniając je zależnie od osób i sytuacji. Tylko przy niej udawało mi się być w pełni sobą. Tylko przy niej potrafiłem zapomnieć o ciążącym na mnie zadaniu i śmiać się naprawdę szczerze. Zdarzały się momenty, gdy ciężar rzeczywistości przygniatał mnie bardziej niż zwykle. Starałem się ukryć to najlepiej jak mogłem, jednak była zbyt bystra. Zbyt dobrze mnie znała, żebym mógł cokolwiek przed nią udawać.
- Powiedz mi co się dzieje. - Prosiła.- Wiesz, że możesz powiedzieć mi o wszystkim. Poradzimy sobie ze wszystkim.
„My”. Mówiła „poradzimy”, nie „poradzisz”. Uwielbiałem ją za te słowa. Kochałem w niej wszystko. Każdą rzęsę na jej powiece, każdą zmarszczkę na nosie gdy mocno nad czymś myślała. Kochałem błysk w jej oczach gdy wymawiałem jej imię. Jej dziecięcą radość gdy opowiadałem o najbardziej błahych rzeczach. Chciałem dać jej wszystko co mogłem. Chciałem oddać siebie, życie w razie potrzeby, a nie potrafiłem dać jej tej jednej, jedynej rzeczy- prawdy.   
Za każdym razem przyciągałem ją do siebie, obejmowałem ciasno i opierałem brodę na jej głowie.
- Nic mi nie jest, naprawdę.
I to wszystko. Na nic więcej sobie nie pozwalałem. Nie wierzyła mi, widziałem to w jej oczach, a jednak nie naciskała. Godziła się przyjmować mnie w całości takiego, jakim byłem i to było piękne. Nie wiedziałem czym zasłużyłem sobie na tak cudowną dziewczynę, ale nie miałem zamiaru tego roztrząsać.
Rozdzielałem swoje życie na radość i katorgę. Na miłość i strach.
Jakoś udało mi się ukrywać zadanie od Czarnego Pana, nie udało się jednak ukryć sprzętów.
Większość rzeczy trzymałem w Pokoju Życzeń, w starej rupieciarni, która od setek lat służyła mieszkańcom zamku za składzik na niepotrzebne rzeczy. Niestety tak się zdarzyło, że uwielbiała to miejsce także ona. Nie raz i nie dwa siedziałem na starym krześle obserwując, jak przechadza się alejkami, z pietyzmem dotykając starych rzeczy z zamierzchłych czasów. Była tak seksowna ze swoim pociągiem do wiedzy, że było to aż niemożliwe.
Nigdy nie myślałem o tym, że wśród tych wszystkich szpargałów może znaleźć akurat moje rzeczy. Byłem tak pewny siebie, że nawet nie postarałem się by schować wszystko dostatecznie dobrze.
Miałem kilka pomysłów jak wypełnić powierzone mi zadanie. Posiadałem też kilka „gadżetów”, które miały mi w tym pomóc, a wszystko schowałem właśnie w Pokoju Życzeń.
Pamiętam jak dziś moment, gdy niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do miejsca, w którym schowałem zaklęty naszyjnik. Na początku nie skojarzyłem faktów, zbyt zafascynowany jej ruchami i kuszącym spojrzeniem. Jej usta układały się w cichy szept, docierając do mnie z odległości. „Kocham cię” mówiła, a moje serce drżało z radości.
Dotarło do mnie co się dzieje dopiero w momencie, gdy zatrzymała się przy jednej z szafek z niedomkniętą szufladą. Zanim jednak zdążyłem choćby krzyknąć, włożyła do niej dłoń... a dla mnie czas zatrzymał się w miejscu. Jak w zwolnionym czasie obserwowałem szok wymalowany na jej twarzy. Ostatnie spojrzenie w moją stronę i nieme pytanie wymalowane w brązowych oczach, zanim upadła na podłogę z głuchym hukiem.
Nie pamiętam bym kiedykolwiek wcześniej był tak przerażony. Nie liczyło się nic innego. Nie ważny był Voldemort, nie ważne zadanie, nie ważny gniew rodziny ani moja nienawiść do Snape'a. Wiedziałem, że muszę ją ratować, a właśnie on, stary Snape, był moją jedyną nadzieją. Nie wiem jak udało mi się dotrzeć do lochów niezauważonym. Być może było już późno, może mijałem jakiś ludzi, nie wiem. Biegłem, widząc świat przez z trudem hamowane łzy. Wiedziałem, że gdyby umarła... słowa „nigdy bym sobie nie wybaczył”, to mało powiedziane.
Bez pukania wpadłem do gabinetu Snape'a, od razu kierując się w stronę niewielkiego łóżka w rogu. Zignorowałem jego pytające spojrzenie, miałem w nosie to że jest nauczycielem. Podniosłem go za szatę i skierowałem w stronę łóżka.
- Uratuj ją, słyszysz? Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ona musi żyć!
Łzy spłynęły mi po policzkach, ale miałem to gdzieś. Prócz niej nie liczyło się dla mnie zupełnie nic. Jej blada skóra i zamknięte oczy rodziły w mojej głowie jak najgorsze scenariusze. Nic nie mogłem poradzić na to, że coraz szybciej i chętniej zacząłem staczać się mrok.
Ocucił mnie dopiero mocny cios w tył głowy.
- Jej puls jest ledwo wyczuwalny. Możesz mi powiedzieć co się, na Salazara, stało?
Więc powiedziałem. Nie wdając się w szczegóły opowiedziałem o ociepleniu się naszych stosunków, o realizacji zadania i o tym feralnym wieczorze.
Nigdy nie widziałem Snape'a tak bardzo przerażonego jak wtedy, gdy powiedziałem o naszyjniku.
- Dotknęła go nagą skórą?
- Tak...
- Salazarze, Draco! Nawet nie wiesz jakie ma szczęście, że jeszcze żyje. To musiało być tylko lekkie dotknięcie. Gdyby kontakt ze skórą trwał trochę dłużej...
Nie chciałem i nie mogłem tego słuchać. Doskonale wiedziałem jak mogło się to skończyć i wcale nie poprawiało to mojego samopoczucia.
- Dasz radę ją uratować?
Miałem wrażenie, że te kilka sekund w których milczał, było całą wiecznością.
- To zależy.
- Od czego?
Spojrzał na mnie, a ja ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że znów widzę świat przez łzy.
- Domyślam się, że nie chcesz iść do pani Pomfrey – kiedy potwierdziłem, tylko kiwnął głową. - Masz jeszcze ten naszyjnik z kamieniem nunshu?
Spojrzałem na niego zdziwiony, ale bez słowa ściągnąłem z szyi duży, zielony kamień na cienkim wisiorku. Otrzymałem go od ojca przed powrotem do szkoły. Miał ułatwić mi zadanie. Dzięki niemu mogłem sprawić, że ludzie zapominali, że mnie widzieli czy ze mną rozmawiali.
Obserwowałem jak podchodzi z wisiorkiem do nieprzytomnej Hermiony, a moje serce zaczęło bić w zawrotnym tempie.
- Co robisz?
Zatrzymał się na moment obracając z moją stronę.
- Chcę ją uratować. Nie masz zamiaru iść do Pomfrey... zresztą, nawet gdybyś chciał to nie mógłbym ci pozwolić, więc to jest jedyne wyjście.
Patrzyłem na niego osłupiały, a słowa wlewały się w mój umysł jakimś niewyraźnym potokiem. Rozumiałem co do mnie mówi... ale nie rozumiałem. Nie chciałem i nie potrafiłem zrozumieć.
- Ale co ma do tego kamień nunshu?
Westchnął głośno, ale tym razem się nie obrócił.
Poza znanymi ci właściwościami nunshu, przy pomocy prostego zaklęcia stanowi swoiste lekarstwo na skutki po zetknięciu z klątwą.
Obserwowałem jak przykłada kamień do jej serca, a on rozjarza się jasnym blaskiem... i wciąż coś mi nie pasowało.
- Ale czy ona...
Tym razem na mnie spojrzał, a w jego oczach zobaczyłem wszystko to, czego się obawiałem. Ugięły się pode mną kolana, a ziemia nagle znalazła się zbyt blisko mojej twarzy. Oparłem się dłońmi o zimne kamienie, z trudem panując nad drżeniem.
Przykro mi Draco. Tak będzie lepiej...
- Jak może być lepiej? - wyszeptałem. Sam się zdziwiłem jak wiele bólu i goryczy było w moim głosie. - Jak może być lepiej, skoro nie będzie mnie pamiętać? Bo nie będzie prawda? Zapomni wszystko... wszystko co wydarzyło się między nami?
Odważyłem się podnieść głowę i po raz kolejny żałowałem, że to zrobiłem. Jego oczy znów wyrażały wszystko czego się bałem.
- Tak. Nie będzie cię pamiętała. A przynajmniej nie ciebie z ostatnich dwóch lat.
Miałem wrażenie jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi, jednocześnie odcinając dopływ tlenu. Gdybym wtedy mógł umrzeć...
- Dlaczego? Dlaczego musi zapomnieć tak długi okres czasu?
- To silna klątwa i potrzeba dużej mocy kamienia, żeby ją uzdrowić...
Znowu chciał położyć mi dłoń na ramieniu, ale nie potrzebowałem jego litości. Odsunąłem się od wyciągniętej ręki i podczołgałem w stronę łóżka.
Spojrzałem na jej bladą skórę usianą maleńkimi piegami, na jej usta, które tak uwielbiałem całować. Na jej włosy rozrzucone wokół głowy i długie rzęsy. Oczami wyobraźni widziałem jak unosi powieki i patrzy na mnie z miłością. „Poradzimy sobie”.
Pomyślałem o moich rodzicach, o zadaniu od Voldemorta i o wszelkim niebezpieczeństwie z jakim przyjdzie mi się teraz zmierzyć. Czy chciałem, żeby brała w tym udział? Być może gdybym przycisnął Snape'a, znalazłby inny sposób, żeby ją uratować... ale nie było na to czasu. Umierała na moich oczach, a ja nie miałem zamiaru do tego dopuścić. Była dla mnie wszystkim. Moim marzeniem, spełnieniem, życiem. Nie mogłem jej stracić.
- Zrób to.

   Kiedy odnosiłem ją, wciąż nieprzytomną w stronę wieży Gryffindoru, nie mogłem przestać na nią patrzeć. Upajałem się jej widokiem, zapachem i obecnością, podświadomie czując, że mogę więcej nie mieć takiej okazji.
Miałem ukartować jakiś dziwny wypadek i przekonać się, że ktoś znajdzie ją na korytarzu. Ułożyłem ją najdelikatniej jak potrafiłem niedaleko wieży i przyklęknąłem obok jej głowy. Odgarnąłem włosy z jej twarzy i pochyliłem się, żeby po raz ostatni złożyć pocałunek na jej czole.
- Kocham cię, Granger.
Machnąłem różdżką, żeby huknęło w drzwi od dormitorium gryfonów, pogłaskałem ją po twarzy i schowałem się za ścianą. Upewniłem się, że ktoś wyszedł i ją zabrał, a później uciekłem.
Daleko, jak najdalej.
Biegłem przed siebie, nie myśląc nawet gdzie mnie niesie. Pamiętam, że minąłem Salę Wejściową, później jezioro i pognałem dalej. Zatrzymałem się dopiero gdzieś w Zakazanym Lesie, zmęczony, wyzuty z wszelkiej woli do życia. Czułem się jakby ktoś wypompował ze mnie całe szczęście. To, co czułem jeszcze kilka godzin wcześniej było jak nierealny sen. Raniło mnie tysiącem małych sztylecików, rozcinając moje serce na milion kawałków, dźgając bezlitośnie.
Nie pamiętam powrotu do zamku. Nie wiem czy ktoś mnie znalazł, czy trafiłem sam i mało mnie to obchodziło. Od tamtego wieczoru żyłem jak zjawa. W dzień spałem, w nocy harowałem, nic nie jadłem. Skupiłem się na zadaniu, starając się wyprzeć z pamięci jej spojrzenie pełne miłości, jej zapach, dotyk. Czułe słowa „kocham”... Wspomnienie o niej nie dawało mi żyć, a widok szczenięcych zalotów między nią, a tym rudzielcem Weasley'em tylko jeszcze bardzie pogrążało mnie w otchłani rozpaczy. Nie raz i nie dwa miałem podejść do niej, zagadnąć, postarać się jej przypomnieć... ale zawsze powstrzymywały mnie słowa Snape'a: „ Zostaw ją. Wiesz, że w świecie Voldemorta wasz związek nie będzie miał prawa bytu. Chyba nie chcesz, żeby zginęła?”. Nie chciałem, dlatego robiąc jeden krok w jej stronę, zawsze cofałem się dwa kroki w tył, a resztki mojego serca wyły z bólu.

   Minął rok, wykonałem zadanie, musiałem zniknąć. Zanim uciekłem w towarzystwie Snape'a i innych śmierciożerców, zobaczyłem ją wśród grupy walczących. Żyła. Kiedy spojrzała w moją stronę, mała nadzieja zaczęła kiełkować w moim sercu... jednak od razu została zduszona. W jej oczach nie zobaczyłem nic poza niedowierzaniem.

*
   Od tamtego momentu minęło dziesięć lat. W czasie wojny widziałem ją jeden jedyny raz, kiedy ciotka Bellatrix torturowała ją na podłodze Malfoy Manor. Ten widok nawiedza mnie w najgorszych koszmarach, a jej krzyk do teraz budzi w nocy. Całym sobą rwałem się, żeby tylko jej pomóc, ale matka wyprowadziła mnie stamtąd. Być może opacznie zrozumiała moją minę i łzy w oczach. A może po prostu nie chciała, żeby ktoś zobaczył w jakim jestem stanie. Nigdy już się nie dowiem.
Po wojnie uciekłem, żeby ją znaleźć. Wreszcie miałem szansę wszystko odbudować. Spróbować przywrócić jej pamięć, zacząć wszystko jeszcze raz. Ale gdy ją odnalazłem, było już za późno. Oddała serce innemu, a ja mogłem tylko patrzeć jak patrzy na niego tym samym wzrokiem, jakim patrzyła kiedyś na mnie. Jak jej uśmiech, przeznaczony kiedyś tylko dla mnie, teraz dostawał ktoś inny... Wiedziałem wtedy, że przegrałem całą sprawę. Nawet gdybym chciał, nic bym nie zdziałał. Równie mocno jak ją kochałem, chciałem by była szczęśliwa, a jak widać to szczęście znalazła.

   Dziś, po dziesięciu długich latach, nauczyłem się z tym żyć. Mam piękną żonę i ślicznego synka, ale w naszym domu brakuje tego specjalnego rodzaju miłości. Staram się być dobrym mężem i ojcem. Nigdy nie zapominam o urodzinach, rocznicach i świętach. Jestem zawsze gdy mnie potrzebują. Rozmawiam, słucham, dbam o nich najlepiej jak potrafię. A jednak wciąż, patrząc codziennie na Granger mijającą mnie na korytarzach Ministerstwa Magii, nie potrafię pozbyć się myśli co by było gdyby nie natknęła się wtedy na ten durny naszyjnik. Czy byłaby wtedy matką mojego dziecka, wciąż zakochaną we mnie po uszy? A może nasze drogi by się rozeszły?

Najgorsze dla mnie jest to, że już nigdy nie otrzymam odpowiedzi na te i milion innych pytań. Zniknęła z mojego życia jak ulotny sen, a mimo to wciąż w nim jest, niedostępna i nieuchwytna jak powietrze. I tylko wciąż wyraźne wspomnienia oraz nie znikający zapach jaśminu nie pozwalają mi zapomnieć o najpiękniejszej... o jedynej miłości jaką dane było mi przeżyć.

9 komentarzy:

  1. Przepiękne. Po prostu przepiękne. Chciałabym napisać więcej ale musze zebrac myśli.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowna miniaturka, naprawdę! Końcówka masakrycznie wzruszająca, mało brakowało, żebym zaczęła płakać. Brakowało mi Twojej twórczości, więc cieszę się, że coś w końcu się tutaj pojawiło. Mam nadzieję, że wkrótce wrócisz z czymś dłuższym. :)

    M.

    OdpowiedzUsuń
  3. Merlinie, czy ja dobrze widzę? WRÓCIŁAŚ DO NAS?! Z tak uczuciowym tekstem?! GOD!

    Świetna miniaturka, ogromnie wzruszająca, a mimo to pokrzepiająca serce. Mam nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej. I, że u Ciebie wszystko w porządku. :)

    Buziaki
    PS. Tylko Ty potrafisz doprowadzić mnie na skraj góry radości, po czym bez obaw zepchnąć mnie z niej wprost w czeluści smutku i samotności. Świetna robota! :)
    PS 2. Tylko Tobie można "wybaczyć błahy, nazwijmy to dziecinny pomysł" z "oh nagle zaczynają się zmieniać, Hermiona wyładniała i bum - mamy wielkie love", bo Tylko Ty potrafisz opisać to niesamowicie i dojrzale. :) Mam nadzieję, że mnie rozumiesz i, że w żaden sposób Cię nie uraziłam.

    CZEKAM NA WIĘCEJ.

    OdpowiedzUsuń
  4. To było... nie wiem jak to opisać. Wiem, że było pełne uczuć, emocji. Można było poczuć to co czuł Draco... Ten jego ból... Pokazałaś jakie życie jest naprawdę, że nie zawsze jest pełne kolorów, że w każdej chwili w słoneczny dzień, mogą pokazać się czarne chmury i zniszczyć spokój...
    Piękne. To na pewno i bezapelacyjnie było piękne. I oby było więcej takich rzeczy tutaj ;* Takich jak to i takich, które wywołują uśmiech na twarzy :)
    Powodzenia i weny życzę ;*

    OdpowiedzUsuń
  5. Miniaturkę czytałam z zapartym tchem, naprawdę. Bardzo mi się podobała, a szczególnie początkowe opisy zauroczenia Draco. Napisałaś to świetnie, bardzo dokładnie. Mnie samej przypomniało się, jak się wtedy zachowywałam, co robiłam i o czym myślałam. Nieważne, kim była ta osoba.
    Przyczyna ich rozstania nie była banalna. Zwykle to Voldemort macza w tym palce (tutaj tylko po części), a ty wymyśliłaś dotknięcie naszyjnika, magiczny kamień. Wow.
    Zdziwiło mnie tylko to, że brał ją ze sobą do pokoju życzeń, ale to nieważne.
    Zmieniłabym jedynie "poleciała na tyłek", bo nie brzmi to za dobrze i Malfoya, Weasleya bez apostrofu. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Brak mi tchu...To było coś pięknego, ta tęsknota, rozpacz, czułość, miłość, ta cholerna akceptacja..
    -M

    OdpowiedzUsuń
  7. Płaczę, jak kretynka.
    Cudowne.
    Draco taki wspaniały.
    Po prostu cudo

    OdpowiedzUsuń

Autor obrazów motywu: Ollustrator. Obsługiwane przez usługę Blogger.